— To było wczoraj! Tłumaczyłem ci to już dwa razy. Pozwól, że zrobię to pokrótce jeszcze raz. Czy mogę liczyć także na odrobinę pańskiej uwagi, Mr Hawk? Film zaczyna się, gdy Thor, którego gra Ruf, przybywa na czele korsarzy normańskich, by zdobyć dwór, w którym mieszkasz, Slithey. Ty jesteś Gudrid, córka pana tego domu. W czasie walki wszyscy domownicy, prócz ciebie, zostają zabici przez piratów. Ciebie Thor zabiera jako zdobycz wojenną. Pożąda cię, lecz opierasz mu się, bo go nienawidzisz. Leci powoli zdobywa on twoje serce, zaczynasz być w nim zakochana. Staje się to jednak nie wcześniej niż przed jego kolejną wyprawą. Thor pozostawia cię czekającą na jego powrót. To jest właśnie ta scena! Opuszcza cię! Biegniesz za nim, wołasz go! On się odwraca, a ty wbiegasz za nim na wzgórze, właśnie tu! jasne?
— Spójrzcie — odezwał się Ruf, wskazując na morze. — Płynie tu jakiś okręt.
Wszyscy spojrzeli we wskazanym kierunku i ich oczom ukazała się długa łódź Wikingów, mijająca wiśnie cypel i kierująca się w stronę zatoki. Żagiel miała zwinięty, ale smoczy łeb na dziobie wznosił się i opadał w rytm miarowych uderzeń wioseł, pędzących statek po powierzchni morza.
— Jutro! — krzyknął Barney. — Lynn, gdzie pan jest? Przecież pan i Ottar umówiliście się z tym Finnboggi, że przyprowadzi swój okręt jutro!
— Oni mają bardzo słabe poczucie czasu — odparł mu Lynn.
Barney cisnął kapeluszem o ziemie i rzucił się w kierunku kamery.
— Jak to wygląda, Gino? Da się to kręcić? Wydusisz coś z tego?
Gino obrócił głowicę wielkiego, teleskopowego obiektywu i przytknął oko do wizjera. — Wygląda nieźle, całkiem dobre ujęcie.
— Kręć, może uda się coś z tego uratować.
Ottar, wraz z resztą Normanów popędził po zboczu pagórka w kierunku domostwa, nie zatrzymując się nawet na wołania Barneya domagającego się, by zeszli z planu.
— Co oni robią? — spytał, gdy poczęli szeregiem wybiegać z budynku, ściskając w rękach broń.
— Nie mam najmniejszego pojęcia — odpowiedział mu Lynn. — Prawdopodobnie to jakiś nieznany mi zwyczaj powitalny.
Ottar i jego ludzie stanęli na brzegu i wykrzykiwali coś w kierunku okrętu, którego załoga odpowiadała im w podobny sposób.
— Kręć to wszystko, Gino! — polecił Barney. — Jeśli wyjdzie coś dobrego, wstawimy to do scenariusza.
Gnana wiosłami łódź wbiła się w piaszczysty brzeg, a jej zakończony łbem smoka dziób zatrzymał się wysoko ponad głowami stojących na plaży wojowników Ottara. Nim łódź stanęła na dobre ludzie stojący na pokładzie chwycili zawieszone wzdłuż burt tarcze i wskoczyli do wody. Oni również, podobnie jak ich koledzy z wybrzeża, wymachiwali nad głowami bogatą kolekcją mieczy i toporów. W końcu obie grupy spotkały się.
— Jak to wygląda? — spytał Barney.
— Santa Maria! Oni się wymordują — odparł Gino.
Szczek żelaza zmieszał się z dzikimi wrzaskami walczących. Obserwującym zdarzenie ze szczytu wzgórza trudno było dostrzec szczegóły całego zamieszania — widzieli jedynie jednorodną masę walczących postaci — od chwili, gdy jeden z wojowników wyrwał się z tłumu i kulejąc, rzucił się do ucieczki wzdłuż brzegu. Był bez broni i najwyraźniej ranny. Tuż za nim gnał jego przeciwnik, wściekle wymachując toporem. Pogoń nie trwała długo, a jej koniec był gwałtowny. Gdy odległość miedzy nimi zmalała wystarczająco, topór opadł i głowa uciekającego zeskoczyła z ramion i potoczyła się po piasku.
— Oni to robią na serio — skonstatował wstrząśnięty Barney.
— Nie wydaje mi się, by to był Finnboggi i jego ludzie. Myślę, że to zupełnie inny oktet — zauważył Lynn.
Barney był człowiekiem czynu, leci przywykł raczej do innego typu działalności. Odgłosy bitwy, widok bezgłowego trupa i wsiąkającej w piasek krwi sparaliżowały go zupełnie. Czego on tutaj szuka? To nie był jego świat ani też nie był to ten rodzaj wydarzeń, do którego przywykł. To raczej sytuacja w sam raz dla Texa i Dallasa. Gdzie oni są?
— Radio — zawołał, przypomniawszy sobie poniewczasie o nadajniku, który nosił na ramieniu. Włączył go i w najwyższym pośpiechu zaczął przywoływać kaskaderów.
— Dostrzegł nas, skręca — biegnie tutaj — wykrzykiwał Gino. — Co za wspaniałe ujęcie!
Zamiast powrócić w wir bitwy, zabójca potrząsając toporem i wrzeszcząc ochryple wspinał się po zboczu wzgórza. Garstka filmowców na szczycie przyglądała mu się w bezruchu. Cały ten świat był dla nich na tyle dziwny, że byli w stanie myśleć o sobie jedynie jako o widzach. Nie przychodziło im nawet do głowy, że mogą zostać czynnie zaangażowani w te krwawe wydarzenia, które rozgrywały się u ich stóp. Atakujący Wiking podchodził coraz bliżej. Widać już było ciemne plamy potu i wody morskiej na kaftanie z szorstkiego, czerwonego sukna i czerwone bryzgi krwi na toporze i ramieniu. Ciężko dysząc rzucił się w kierunku Gina, biorąc najprawdopodobniej kamerę za rodzaj nieznanej mu broni. Operator do ostatniej chwili nie opuścił posterunku, filmując rozwścieczonego napastnika — uskoczył dopiero w obliczu spadającej nań siekiery. Ostrze roztrzaskało jedną z nóg statywu i kamera niemal zwaliła się na ziemię.