— Za chwilkę. Ale chciałbym, żebyś zaśpiewał mi jeszcze raz sagę o Ragnarze. — Nie chce śpiewać.
— Na pewno chcesz, Ottar. Opowiedziałem wszystkim jak piękna była to pieśń i teraz każdy chce usłyszeć, jak ją śpiewasz. Nieprawda, chłopcy?
Odpowiedział mu przyjazny chór potakiwań i brawa. Z mroku wypłynęła nagle Slithey i ujęła Ottara za rękę.
— Zrobisz to dla mnie, kochanie. To będzie moja piosenka — wyrecytowała role z jego poprzedniego filmu o jakimś drugorzędnym kompozytorze.
Ottar nie mógł się oprzeć jej urokowi osobistemu. Mamrocząc coś, ale wyraźnie nic wrogiego, stanął w miejscu wskazanym przez Barneya i ujął w dłoń makietę topora.
— Za lekki — stwierdził. Zrobiony z drewna. Zupełnie niedobry.
Ale zaśpiewał. Z początku monotonnie, wciąż nieufnie obserwując topór, lecz w miarę jak pieśń zaczęła opanowywać jego zmysły, głośniej i z coraz większym entuzjazmem. Po ostatnich słowach wydal dziki okrzyk i z pasją cisnął toporem, który uderzył w jeden z reflektorów, omal go nie tłukąc. Na widowni rozległy się gromkie oklaski i krzyki, on zaś wielkimi krokami przechadzał się dumnie tam i z powrotem, najwyraźniej ucieszony tą reakcją.
— Wspaniale — pochwalił go Barney. — A teraz spróbujemy jeszcze jednego drobiazgu, zanim sobie pójdziesz. Widzisz te lampę nakrytą hełmem i ubraną w płaszcz? Dobrze, to jest wartownik nieprzyjaciół. Zakradniesz się i zabijesz go, tak jakbyś to zrobił naprawdę.
— Po co?
— Po co? Ottar, cóż to za pytanie…? — Barney doskonale wiedział co to za pytanie. Było to jedno z pytań, na które bardzo trudno znaleźć odpowiedź. Dla zawodowego aktora problem „Po co?” jest zupełnie prosty — w ten sposób zarabia się na życie. Ale dlaczego miałby to robić Ottar?
— Zapomnij o tym na chwile. Chodź tu, siadaj, napij się i dla odmiany teraz ja opowiem ci sagę.
— Wy też macie sagi? Sagi są dobre.
W owej przedfilmowej i przedpiśmiennej epoce sagi były wszystkim — pieśnią i historią, książką i gazetą stopionymi w jedną całość. Barney wiedział o tym.
— Cieszę się — odrzekł i skierował kamerę na Ottara. — Bierz butelkę i słuchaj opowieści, opowieści o wielkim Wikingu, mężnym wojowniku, który nosił imię Ottar…
— Tak jak ja?
— Tak samo! Był on sławnym wojownikiem. Miał serdecznego przyjaciela, z którym pił i który walczył z nim ramię w ramię. Byli najlepszymi przyjaciółmi na świecie. Ale pewnego dnia w czasie bitwy wrogowie schwytali przyjaciela Ottara, związali go i uprowadzili. Lecz Ottar podążył za nimi i ukryty w pobliżu wrogiego obozu czekał aż zapadnie noc. Był spragniony po walce i napił się, ale stał spokojnie w ukryciu.
Na te słowa Ottar łyknął pośpiesznie z butelki i oparł się mocniej o bok przyczepy.
— Zapadły ciemności i nadszedł właściwy czas. Mógł uwolnić przyjaciela. „Powstań Ottarze!” — rzeki do siebie. — „Powstań i uratuj druha, którego mają zabić o poranku. Powstań!”.
Ostatnie słowo Barney wyszeptał tonem polecenia i Ottar jednym zwinnym ruchem zerwał się na nogi, całkowicie zapominając o butelce.
— Rozejrzyj się, Ottarze, rozejrzyj się wokół domu. Widzisz strażnika? Tak, to on!
Ottar stał się w tym momencie integralną częścią opowieści. Schylił się nisko i powoli zlustrował narożnik. Cofnął się.
— To strażnik. Stoi odwrócony do ciebie plecami. Podczołgaj się, Ottarze i zabij go bezszelestnie swoimi dłońmi. Schwyć go za szyje tak, by umarł nie wydając dźwięku. Spokojnie… teraz… dopóki stoi tyłem.
Ottar wychynął zza przyczepy, zgiął się wpół i podpełzł bezgłośnie po zrytej koleinami ziemi — jak cień. Gdy sunął do przodu, nikt nawet nie drgnął ani nie uronił jednego słowa. Barney rozejrzał się i spostrzegł, że jego sekretarka stoi tuż koło niego z oczyma utkwionymi w skradającego się Ottara.
— Ruszaj, Betty. Idź w stronę lewego wyjścia — chwycił ją za rękę i popchnął lekko do przodu.
— Ottar ukrył się pod zasłoną ciemności i czeka aż kobieta przejdzie obok. Kobieta mija go, ale go nie dostrzega. Odeszła. Ottar odczekał, aż ucichną jej kroki — znów rusza naprzód. Jest coraz bliżej… Może zadać cios!
Gino odwrócił błyskawicznie kamerę w ślad za Wikingiem, który, w absolutnej ciszy, wyprostował się, skoczył i poszybował w powietrze wprost na manekin. Hełm potoczył się na bok, a stalowy korpus lampy tkwił wciąż miedzy palcami Ottara, zgięty nieomal wpół.
— Stop — krzyknął Barney. — To właśnie była ta saga, Ottar. Tak jakbyś to zrobił na serio. Zabiłeś strażnika i uwolniłeś przyjaciela. Świetnie, naprawdę doskonale. Pokażcie teraz wszyscy jak bardzo podobała wam się jego gra.
W odpowiedzi zabrzmiały oklaski i entuzjastyczne gwizdy. Ottar usiadł i zamrugał szybko powiekami. Powoli wracała mu świadomość miejsca, w którym przebywał. Spojrzał na wykrzywiony kawałek metalu, odrzucił go na bok i uśmiechnął się szeroko.
— To było dobra opowieść — rzekł. — Tak właśnie robi to Ottar.
— Pokaże ci jutro zdjęcia. Zobaczysz film o sobie samym. Jak robisz to wszystko. No — ale to był długi dzień. Tex, Dallas! Nie wziąłby któryś z was jeepa i nie odwiózł Ottara do domu?