— Daj spokój — był to głos Barneya. — Dostaniesz nową butelka Ottar, cudownie! Teraz zachodzi w tobie przemiana, Slithey. Nienawiść przemienia się w płomienną namiętność… Bardzo dobrze.
— Zobacz, co on robi — powiedział Amory Blestead.
— Stop! To było dobre. Nadaje się. Stop, powiedziałem… Ottar zabierz te łapy… Slithey!… scena skończona!
— Ajajajaj z entuzjazmem wykrzyknął jeden z monterów. — Niech ich ktoś zatrzyma!
— Dlaczego? Wyglądają na zadowolonych. Ja zresztą też.
Odgłos rozpruwanego materiału zmieszał się ze szczęśliwym chichotem Slithey.
— Wystarczy — ostro krzyknął Barney. — Tylko ramiączko!… Obawiam się, że sprawy zaszły zbyt daleko. Ottar!!! Tylko nie t o ! ! !
— Johoho! — zapiszczał ktoś, a potem zapadła długa cisza, przerywana jedynie dyszeniem Ottara, podobnym do sapania lokomotywy.
W końcu Barney przełamał atmosfera napiętej uwagi wychodząc i z trzaskiem zamykając za sobą drzwi. Z drugiej strony ciągle dobiegały wysokie, radosne pokrzykiwania. Odwrócił się i ujrzał Gina uwijającego się przy kamerze.
— Co ty robisz? Stop! — wrzasnął.
— Tak, stop, oczywiście — odparł Gino prostując się z wolna.
— Nie słyszałeś, że kazałem ci przerwać?
— Przerwać? Nie, musiałem być myślami zupełnie gdzie indziej.
— To znaczy… to znaczy, że kamera działała przez ten cały czas?
— Calusieńki — odrzekł Gino z szerokim uśmiechem. — I myślę, że zrobił pan rzeczywiście coś nowego w cinema verite, panie Hendrickson.
Barney obrzucił wzrokiem zamknięte drzwi i wygrzebał z kieszeni papierosa.
— Można to tak nazwać, jakkolwiek nie sądne, bym mógł pokazać pełną wersje gdziekolwiek poza Skandynawią.
— Dr Masters chętnie to wykorzysta.
— Znam faceta w Beverly Hills — dorzucił Amory. — Wypożycza filmy dla samotnych mężczyzn. Chętnie kupi kopie.
Radosny śmiech, który echem odbił się od zamkniętych drzwi, skwitowano po drugiej stronie chwilą ciszy.
— I pomyśleć, że on ma na dodatek flaszkę whisky — zauważył melancholijnie jeden z cieśli.
11
— Jedyne co mi naprawdę w tym jedenastym wieku odpowiada, to frutti di mare — oznajmił Barney, nabijając na widelec solidny kawał mięsa. — Jaka może być tego przyczyna, profesorze? Brak zanieczyszczeń, czy co?
— Wynika to prawdopodobnie stąd, że to, co pan je, wcale nie jest krabem z jedenastego stulecia.
— Niech mi pan tego nie wmawia. Dobrze wiem, że to nie żadna mrożonka. Proszę spojrzeć, chmury rzedną. Gdyby pogoda się utrzymała, moglibyśmy nakręcić dzisiaj resztę sceny przybycia do domu. Przednia część mieszczącego stołówkę namiotu była podniesiona, odsłaniając widok na łąki i fragment oceanu za nimi. Profesor Hewett wskazał nań palcem.
— Ryby w tym oto oceanie są, praktycznie rzecz biorąc, identyczne z dwudziestowiecznymi. Ale trylobity na pańskim talerzu należą już do zupełnie innego rzędu i ery — weekendowicze przywożą je ze Starej Kataliny.
— A więc dlatego wszędzie walają się te podziurawione skrzynki — Barney spojrzał podejrzliwie na mięso, spoczywające na jego talerzu.
— Momencik, to co jem nie ma chyba nic wspólnego z tymi „ślepiami i kłami” Charleya Changa, nieprawdaż?
— Nie — odparł profesor. — Musi pan pamiętać, że zmieniliśmy erę, kiedy zdecydowano, że pracownicy będą spędzać urlop w innym czasie, by móc pracować nieprzerwanie tutaj. Santa Catalina jest cudownym miejscem wypoczynkowym. Pan Chang sprawdził to, ale był nieco wytrącony z równowagi przez przedstawicieli ówczesnej fauny. To było niedopatrzenie. Zostawiłem go w erze dewońskiej, okresie, w którym płazy zaczęły wychodzić z morza; zupełnie nieszkodliwe stworzonka, coś w rodzaju ryb zaopatrzonych w płuca. Ale w wodzie były jakieś…
— Ślepia i kły. Słyszeliśmy.
— Zdecydowałem zatem, że kambr byłby dla naszych wczasowiczów wyborem rozumniejszym. W oceanie poza tymi nieszkodliwymi trylobitami nie ma nic na tyle wielkiego, by mogło to niepokoić kupujących.
— Użył pan tego słowa ponownie. Co to jest?
— Wymarłe stawonogi. Forma życia, którą można określić jako coś pośredniego pomiędzy skorupiakami a pajęczakami. Niektóre ich odmiany były całkiem malutkie, ale pan je jedną z największych. Rodzaj mierzącej dwie stopy długości i żyjącej w morzu stonogi.
Barney wypuścił z dłoni widelec i pociągnął solidny łyk kawy.
— Wyśmienity lunch — mruknął. — Może jednak byłby pan łaskaw powiedzieć mi coś o tych osadach w Winlandzie. Znaleźliście je?
— Niestety, wiadomości nie są najlepsze:
— Po tym trylobicie wszystko wydaje się dobre. Niech pan mówi.
— Proszę wziąć pod uwagę, że moja wiedza o tym okresie jest ograniczona. Dr Lynn, jako biegły w historii zgromadził wszelkie zawarte w sagach wzmianki mówiące o odkryciu i zasiedleniu Winlandu. Postępowałem ściśle według jego wskazówek. Z początku trudno było znaleźć dogodne miejsce do lądowania; ujmując rzecz delikatnie, wybrzeża Nowej Fundlandii i Nowej Szkocji są dość nieregularne. W końcu jednak udało się. Używaliśmy łodzi motorowej niemal bez przerwy, tak, że mogę pana zapewnić, iż poszukiwania były jak najdokładniejsze.
— No i co znaleźliście?
— Nic.