Rzeczywiście, przybysze mieli płaskie twarze i typowy, azjatycki wygląd Eskimosów. Byli od nich jednak znacznie wyżsi, nieomal równi wzrostem Wikingom i wyglądali na silnych. Spod rozpiętych z powodu upału okryć, składających się ze zszytych skór foczych, wyzierały ciała o brunatnej skórze. Rozmawiali miedzy sobą wysokimi głosami, najwidoczniej bardzo ożywieni. Z ogromną ciekawością przypatrywali się nowemu dla siebie otoczeniu — bezpieczne lądowanie rozwiało widać resztki obaw. Z największym zainteresowaniem z ich strony spotkał się knorr — zdawali sobie sprawę, że jest to coś do pływania, lecz jego rozmiary znacznie przewyższały nie tylko wszystko, co do tej pory widzieli, lecz także wszystko, co byli sobie w stanie wyobrazić.
— Jak panu idzie? Zgodzili się dla nas pracować? — zagadnął Barney Jensa Lynna.
— Czy pan oszalał? Wydaje mi się — nie wiem, czy to do pana dociera — wydaje mi się, że nauczyłem się dwóch wyrazów z ich języka: „Unnnah” znaczy prawdopodobnie „tak”, a „henne” — „nie”.
— Niech pan pracuje dalej. Potrzebujemy ich wszystkich, a nawet jeszcze więcej, do sceny z atakiem Indian. Fraternizacja na wybrzeżu zdawała się postępować w najlepsze. Kilku Wikingów dostrzegło w łodziach jakieś pakunki, ludzie kultury Dorset otwierali je, pokazując zainteresowanym wyprawione skóry focze. Najbardziej ciekawi z przybyszów wałęsali się miedzy domami, przyglądając się uważnie wszystkiemu i zajadle dyskutując miedzy sobą piskliwymi głosami. Jeden z nich, zbrojny we włócznie z kamiennym ostrzem zauważył Gina stojącego za kamerą i spojrzał nań z drugiej strony obiektywu, dając mu tym samym okazje do nakręcenia wspaniałego zbliżenia. Krajowiec odwrócił się gwałtownie, gdy usłyszał głośny ryk i towarzyszące mu przenikliwe wrzaski. To byk pognał za krową, która pętała się po błotnistej polanie tuż obok pasma drzew. Mimo niewielkiego wzrostu byk był bydlęciem wrednym i złym, a bielmo na jednym oku czyniło jego aparycje jeszcze bardziej złośliwą. Pozwalano mu włóczyć się swobodnie i nieraz już trzeba go było przeganiać z obozu filmowców. Teraz potrząsnął łbem i ryknął ponownie.
— Ottar — krzyknął Barney. — Usuń stąd tę bestie zanim zdemoluje nam Indian.
Byk nie zdenerwował ludzi kultury Cape Dorset, ale przeraził ich bezgranicznie. Nigdy przedtem nie widzieli takiego ryczącego i parskającego stworzenia; stanęli teraz oniemieli ze strachu. Ottar chwycił jakiś leżący na brzegu drąg i z krzykiem pędził w stronę zwierzęcia. Byk jednakże zrył racicami ziemie, po czym pochylił łeb i zaatakował Ottara. Wiking odskoczył w porę, obrzucił go krótkimi, acz plugawymi staronorweskimi słowami i zdzielił drągiem w bok. Nie odniosło to wszakże oczekiwanego skutku. Zamiast skręcić i ruszyć na swego prześladowcę, zwierze zaryczało i ruszyło do ataku na ludzi z Cape Dorset, najwyraźniej kojarząc ich odmienny wygląd z kłopotami, w jakie aktualnie popadło. Przybysze z wrzaskiem rzucili się do ucieczki.
Panika udzieliła się i innym. Ktoś krzyknął, że skraellingowie atakują i Normanowie rozbiegli się w poszukiwaniu broni. Dwóch przerażonych przedstawicieli kultury Cape Dorset, którzy szamotali się miedzy chałupami, dopadło do domu Ottara i usiłowało wedrzeć się do środka, lecz drzwi były zaryglowane. Ottar rzucił się do obrony swego domowego ogniska i kiedy jeden z mężczyzn odwrócił się, trzymając włócznie w uniesionej do ciosu ręce, Wiking opuścił drąg na jego głowę. Drąg rozpadł się na dwie części. To samo stało się z czaszką przybysza.
Po minucie bójka dobiegła końca. Byk, sprawca całego zamieszania, przebrnął przez strumień i teraz spokojnie skubał trawę na drugim jego brzegu. Skórzane łodzie pchane wściekłymi uderzeniami wioseł pruły wodę w kierunku otwartego morza. Na brzegu walały się pozostawione w popłochu paki foczych skór. Dwóch ludzi z Cape Dorset, wliczając tego, któremu zadał cios Ottar, leżało martwych. W ramieniu jednego z Wikingów tkwiła strzała.
— Madonna mia! — odezwał się Gino, wstając zza kamery i wycierając czoło rękawem. — Ale charakterki. Gorzej niż Sycylijczycy.
— Wszystko zostało w idiotyczny sposób zaprzepaszczone — Jens siedział na ziemi, obiema rękami trzymając się za żołądek. — Oni wszyscy byli przerażeni jak dzieci — dziecięce umysły w ciałach dorosłych mężczyzn. Dlatego się mordowali. Zmarnowali wszystko.
— Ale dzięki temu mamy świetne zdjęcia — odparł Barney. — I nie jesteśmy tu po to, by ingerować w miejscowe obyczaje. Co się panu stało? Ktoś w tym rozgardiaszu kopnął pana w brzuch?
— Nie ingerować w miejscowe obyczaje! Bardzo dowcipne! Niszczy pan życie tych ludzi dla swojej filmowej szmiry, a potem stara się pan uniknąć wszelkich konsekwencji swych poczynań! — Jens skrzywił się raptownie i zacisnął zęby.
Barney spojrzał na niego i zauważył czerwony strumyk wypływający spomiędzy palców Lynna.
— Pan jest ranny — rzekł z niedowierzaniem i rozejrzał się wokoło. — Tex! Opatrunek, migiem.