— Powrót do natury. Zaniosę scenariusz, a ty skocz do garderoby i znajdź tam jakieś ubranie zamiast tych łachmanów i weź prysznic. Potem przyjdź jak najszybciej do biura L.M. To dobry scenariusz?
— Być może za wcześnie na ocenę, ale mówiąc miedzy nami, sądzę że to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek napisałem. Pracując w ten sposób, bez żadnych przeszkód z zewnątrz… jeśli nie liczyć tych ślepi… Clyde pomógł mi bardzo — świetnie pisze na maszynie. Poza tym to poeta. Wiedziałeś o tym?
— Myślałem, że jest kucharzem.
— Parszywym kucharzem. Skończyło się na tym, że gotowałem ja. Wziął te prace w kuchni, by spłacić długi. To świetny poeta i niezrównany, jeśli chodzi o dialogi. Nie uważasz, że powinniśmy uhonorować go jakoś w tym filmie?
— Dlaczego nie. Ale, nie zapomnij się ogolić.
Barney wszedł do gabinetu L.M. i położył scenariusz na biurku.
— Gotowe — oznajmił.
L.M. zważył maszynopis w obydwu dłoniach, po czym odsunął go na odległość wyciągniętej ręki i odczytał napis na stronie tytułowej:
— „Wiking Kolumbem”. Dobry tytuł. Będziemy go musieli zmienić. Dostarczyłeś scenariusz zgodnie z obietnicą, Barney. Możesz teraz zdradzić sekret produkcji scenariuszy filmowych w ciągu jednej godziny. Sam też chętnie posłucha.
Sam był niemal niewidoczny na tle ciemnej tapety, dopóki nie skinął głową.
— To żadna tajemnica, panie L.M. Po prostu Vremiatron. Widział pan jego działanie. Charley Chang cofnął się w czasie do pewnego pięknego, spokojnego miejsca gdzie, pracując ciężko, stworzył ten tekst. Był tam tyle, ile potrzebował, po czym przywieźliśmy go z powrotem niemal w tym samym momencie, w którym wyruszył. Upłynęło zaledwie kilka chwil i z pańskiego punktu widzenia wygląda to tak, jakby napisanie tekstu zajęło zaledwie godzinę.
— Scenariusz w godzinę — L. M. uśmiechnął się uszczęśliwiony. — To zrewolucjonizuje cały biznes. Nie krępuj się, Barney. Wymień najwyższą stawkę godzinową, jaką potrafisz sobie wyobrazić, zdubluj ją, a potem jeszcze raz pomnóż przez dwa. Nie dbam o pieniądze. Chcę być sprawiedliwy i zobaczyć, jak Charley Chang bierze najwyższe wynagrodzenie, jakie kiedykolwiek zapłacono człowiekowi za jedną godzinę pracy.
— Nie rozumie pan istoty czasu, L.M. Upłynęła zaledwie jedna godzina
— Nie udowodni mi tego — L.M. spojrzał zawzięcie spode łba.
— Owszem, udowodni. Codziennie odbijał kartę zegarową. Wszystkie karty mam przy sobie.
— Nie jest w stanie postawić mnie przed sądem. Zajęło to godzinę i tylko za tyle zapłacę.
— Sam — jęknął błagalnie Barney. — Wytłumacz mu, że na tym świecie nie ma nic za darmo. Pieniądze za osiem tygodni pracy to ciągle betka, kiedy się ma scenariusz taki jak ten.
— Scenariusz powstały w ciągu godziny odpowiadałby mi znacznie bardziej — odparł Sam.
— Wszystkim odpowiadałby bardziej, tylko że takich — scenariuszy nie ma. Bez wątpienia jest to nowy system; ale za wykonaną pracę należy zapłacić bez względu na to, kiedy ją wykonano.
Terkot telefonu przerwał te rozważania. L.M. podniósł słuchawkę. Z początku słuchał, a następnie odpowiadał seriami monosylabowych pomruków — wreszcie odłożył ją na widełki.
— Ruf Hawk jest w drodze. Sądzę, że obsadzimy go w głównej roli, ale wydaje mi się również, że ma już podpisany jakiś inny kontrakt. Wybadaj go, Barney, zanim dopadną nas jego agenci. A teraz — w kwestii tej jednej godziny…
— Kwestię tej jednej godziny omówimy kiedy indziej, L.M. Jakoś się to załatwi.