„Ranek cały spędziliśmy na oglądaniu szczegółowym Kiszyniowa. We wszystkim mieszanina i zbiegowisko najdziwaczniejsze; napisy francuskie, polskie, ruskie, niemieckie, ormiańskie krzyżują się na szyldach ulicznych. Język wszędzie panujący, uliczny, jest mołdawski, tj. rumuński, i w tym języku wywołują roznoszący swój towar, bułki (franzoli), gruszki, kawony i inne owoce (wszystkie sprzedaje się na wagę). Na zajezdnym domie, w którym staliśmy, jedna z desek nosiła napis polski; był faktor, jak u nas Żydek, a najęty dorożkarz okazał się rodem z Wilna. Gospodarz domu miał nazwisko włoskie. We wszystkim podobna mieszanina; i nie dziw, że Kiszyniów przedstawia w sobie to, co jest cechą zaludnienia całej Besarabii: zbiegowisko najróżniejszego pochodzenia ludzi. Obok niedobitków Wschodu przemyka się wytworność we fraku z Wiednia sprowadzonym i żółtych glansowanych rękawiczkach, tak jak obok golami ormiańskiej gra szejne-katarynka arie Donizettiego i Belliniego, walce Straussa...” (Józef Ignacy Kraszewski — „Wspomnienia Odessy, Jedynasu i Budżaku”).
Co zostało z tamtego Kiszyniowa? Dzisiaj są to dwa miasta. Jedno zbudowane w ostatnich dziesięcioleciach — osiedla wysokich bloków, pokryte jasną wapienną płytą. To miasto szeregowych mrówkowców dość szybko wypiera i znosi z powierzchni stary Kiszyniów — urocze, na zielonych wzgórzach rozłożone południowo-wschodnie miasteczko, z którego zostało jeszcze kilka sennych zaułków, trochę prostopadle przecinających się uliczek. Po tych uliczkach można chodzić bez końca. Jeżeli świeci słońce, toną one w cieniu starych, rozłożystych wiązów, jesionów i kasztanów. Po obu stronach jezdni aż gęsto od bzów i jaśminów, berberysu i forsycji. Idąc tędy, widzi się w głębi podwórka, ogródki, altanki i werandy, ukwiecone, ciepłe, życzliwe.
Krętą i stromą drogą pojechaliśmy wieczorem na cmentarz. Było bardzo ciemno. Siąpił deszcz. Przy głównej bramie stał ledwie widoczny w ciemnościach barak, w którym mieszkał dozorca cmentarza. W baraku ma też pokoik ksiądz Antoni Anglonietis, młody, mówiący po polsku Litwin, który od kilku lat pełni swoją posługę w Kiszyniowie. Ksiądz zaprowadził mnie do stojącej obok starej, zniszczonej kaplicy cmentarnej, a kiedy ją obejrzeliśmy, otworzył skryte drzwiczki i po schodach zeszliśmy do katakumb, w których mieściła się przestronna i nawet dobrze oświetlona kaplica. Katakumby i kaplicę zbudowali po kryjomu miejscowi wierni — Niemcy, jako ukryte miejsce modlitwy. Budowali je latami, nocą albo w święta, w wielkiej konspiracji, aby nie wykryły ich władze. Wydobytą ziemię rozrzucali po otaczających cmentarz wzgórzach w różnych miejscach, bo świeża góra ziemi mogłaby wzbudzić podejrzenie.
Potem ksiądz, wysoki, szczupły blondyn o energicznych, zamaszystych ruchach, zawiózł mnie swoim rozklekotanym moskwiczem do kościoła w centrum starego Kiszyniowa. Otworzył masywne wrota i zapalił światła. Władze dopiero oddały kościół, w którym dawniej był jakiś magazyn, ale już wierni zdążyli postawić prosty ołtarz i wybielić ściany.
Było jasno, cicho i pusto.
Kiedy szliśmy, wokół dźwięczało wysokie echo naszych kroków. Stanęliśmy przed prezbiterium.
Zostałem sam, powiedział ksiądz. Wszyscy moi wierni, tysiąc pięciuset Niemców, właśnie wyjechali z Kiszyniowa.
Zaprowadzili mnie do jakiegoś domu, gdzie w dużej, betonowej i ciemnej piwnicy pracował Leonid Niedow. Niedow poszedł do łagru na siedem lat, ponieważ powiedział: „Za Rumuna było więcej kiełbasy”. Kiedy wyszedł w 1964 roku, Sołżenicyn przysłał mu z Riazania depeszę: „Wsiej duszoj pozdrawlajem, radujemsia”. W tym czasie usunęli Chruszczowa, władzę na Kremlu objął Breżniew. Po wyjściu z łagru głodny i bezrobotny Niedow zastanawiał się, z czego będzie żyć. Ponieważ miał jakieś zdolności plastyczne (powiedzmy: pewną plastyczną zręczność), postanowił odlewać z ołowiu figurki przywódców partii, a następnie sprzedawać je instytucjom i ludziom na rynku. Był to niezły pomysł, w tamtych czasach kto by odmówił kupna podobnych dewocjonaliów, mógłby zostać oskarżony, że jest wrogiem władzy radzieckiej. Zaczął od Lenina, ale że miał mało ołowiu i brakowało mu doświadczenia, figurki Włodzimierza Iljicza wypadły małe, tak małe jak ołowiane żołnierzyki. Niedow wystraszył się, ponieważ od razu wyobraził sobie, za co powędruje znowu do łagru.
Lenin jest wielki, powie śledczy, a u ciebie on wypada nie większy niż ołowiany żołnierzyk.