Polityka tak tu teraz panuje nad wszystkim, że odruchowo chciałem tę relację zacząć od streszczenia kolejnej uchwały, którą przyjął właśnie parlament Ukrainy, lub od rozmowy z jednym z miejscowych działaczy, ale zaraz pomyślałem, że nie, jednak na początek powiem co innego, a mianowicie pochwalę Kijów jako miasto. Jest to jedyne z wielkich miast w dawnym ZSRR, w którym ulice służą nie do pośpiesznego przemykania się do domu, ale do chodzenia, do spacerowania. Podobnie jest może tylko w Petersburgu, ale tam przeszkadza klimat znacznie chłodniejszy, wietrzny, deszczysty lub mroźny. Natomiast Kijów jest ciepły, zaciszny, wygrzany w słońcu. Po południu w śródmieściu widzi się tłum ludzi, i to tłumy wcale nie polityczne, nie wiecujące, ale zwyczajnie tysiące przechodniów, którzy wyszli z dusznych, ciasnych biur i mieszkań, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Kijów poza tym jest miastem, w którym zachowały się ślady dawnych kawiarń. Można w nich — odstawszy swoje w kolejkach — dostać szklankę herbaty i ciastko, rzecz np. w Moskwie nie do pomyślenia.
Miasto leży na wzgórzach, niektóre ulice są kręte i bardzo strome. Ze szczytów wzgórz widać dolinę Dniepru i sam Dniepr — rzekę rozległą jak Amazonka, jak Nil, spokojną, powolną, o nie kończącej się liczbie odnóg, zatok i wysp. Kiedy Ukraińcy staną się zamożni, pełno będzie tu żaglówek i jachtów — na razie jest głucho i pustawo.
Architektura Kijowa to temat na osobną opowieść. Można tu zobaczyć wszystkie epoki i style — od cudem uratowanych średniowiecznych klasztorów i cerkwi po straszliwy, stalinowski socrealizm. A pomiędzy tym i barok, i neoklasycyzm, i przede wszystkim bujna, przebogata secesja. Jakież to musiało być kiedyś piękne miasto! Dewastacja tej architektonicznej perły zaczęła się po roku 1917 i trwa praktycznie do dziś. Któregoś dnia kupiłem sobie wydany ostatnio przez miłośników Starego Kijowa niezwykły dokument — plan miasta i spis celowo zburzonych budynków, kościołów, pałaców, cmentarzy. Spis wymienia 254 obiekty, zrównane przez bolszewików z ziemią, aby zatrzeć ślady kultury Kijowa. 254 obiekty — toż to całe miasto! Na szczęście nieudolność i niewydajność systemu działały tu na korzyść sztuki. Reżym nie był w stanie wszystkiego zniszczyć, zostało jeszcze wiele cerkwi i budynków, które przyciągają naszą uwagę i budzą podziw.
Ten zewnętrzny urok miasta nie powinien jednak mylić. W wielu domach, ba, w całych osiedlach, mieszka się fatalnie. Klatki schodowe brudne, szyby powybijane, w oficynach i na podwórkach ciemno, bo żarówki bądź skradzione, bądź stłuczone. W wielu domach nie ma albo wody zimnej, albo ciepłej, albo w ogóle żadnej. Powszechną plagą tych mieszkań są karaluchy i wszelkie inne natarczywe robactwo. Mieszkałem tam i odwiedzałem moich znajomych, wiem, jak to wygląda. Tzw. człowiek radziecki to przede wszystkim człowiek śmiertelnie umęczony, jeżeli nawet nie ma on siły cieszyć się uzyskaną właśnie wolnością, nie można mu się dziwić. To długodystansowiec, który dobiegł do mety i padł umordowany, niezdolny nawet unieść ręki w geście zwycięstwa.
Wspominam o tych utrapieniach i zmorach codziennego bytowania, ponieważ w powodzi informacji, jakie płyną w świat o wydarzeniach w byłym ZSRR, zupełnie brak obrazów życia zwykłych ludzi, tych milionów i milionów skołatanych, wyniszczonych i ubogich obywateli poszukujących jedzenia, okrycia, a często po prostu dachu nad głową. Niewiele może ich już ucieszyć, wzbudzić radość i entuzjazm.
Kijowski Kreszczatik to coś w rodzaju miejscowych Pól Elizejskich. Kiedyś było tam kilka dobrze zaopatrzonych księgarń, ale teraz w księgarniach pusto: klasyków marksizmu-leninizmu już nie drukują i nie sprzedają, a nowej literatury jeszcze nie ma. Po prostu
— okres przejściowy. Wszystko tłumaczy się teraz jednym określeniem-kluczem: okres przejściowy. Komunizm rozpadł się, a co będzie dalej — zobaczymy. Każdy wypełnia przyszłość swoją własną wizją, ilu ludzi
— tyle oczekiwań, nadziei i marzeń. Ale są tysiące, a może i miliony takich, którzy nie mają złudzeń. Ci dzień i noc oblegają tłumem konsulaty innych państw (w Moskwie widziałem gromadę ludzi nawet przed ambasadą Konga. Do Konga? A niech będzie Kongo! Byleby dalej od tego... i tu nieprzyzwoite, bardzo niepatriotyczne słowo). Ludzie radzieccy przypominają sobie teraz, że nie są żadnymi obywatelami ZSRR, tylko po prostu Grekami, Niemcami, Żydami, Hindusami, Hiszpanami, Anglikami, Francuzami itd. i że najzwyczajniej w świecie chcą wrócić do swoich krajów, do swoich symbolicznych domów, na ziemię swoich praprzodków. Chcą wyjechać i porzucić dorobek swojego życia? Jaki dorobek? — odpowiadają zdumieni. W tym kraju nikt się nigdy niczego nie dorobił! No, może kilku lat zsyłki, może ciemnego kąta w komunalnym mieszkaniu, może emerytury w wysokości 3 dolarów miesięcznie.