Schulz mieszkał w parterowym domku przy ulicy Floriańskiej 12, skąd miał do gimnazjum na ulicy Zielonej bardzo blisko, może kilkaset metrów, wystarczyło przejść przez dwie małe uliczki i piękny, stary skwer. Niedaleko stoi kościół i znowu skwer. Za tym kościołem, na skraju skweru, jest dziś piekarnia. W tym miejscu, w 1942 roku, na ulicy — gestapowiec Karl Giinter zastrzelił Bruno Schulza. Gunter miał mały, damski pistolet.
Życie wielkiego Schulza upłynęło więc w tym małym miasteczku, a nawet w zupełnie małym trójkącie między Floriańską, Zieloną i skwerem przy piekarni. Dzisiaj ludzie mogą przejść tę trasę w kilka minut, zastanawiając się nad tajemnicą niezwykłej wyobraźni Schulza. Ale wątpliwe, żeby doszli do jasnych i rozumnych konkluzji. Raz jeden to piękne miasteczko odsłoniło swoje niezwykłe sekrety. Raz jeden i tylko Bruno Schulzowi, który był jego czujną i wrażliwą cząstką, jego dyskretnym, w milczeniu przesuwającym się duchem.
Dlatego zupełnie niedorzeczne jest moje pytanie: Panie Alfredzie, a w którym miejscu były sklepy cynamonowe? Szrejer przystaje, w jego wzroku jest mieszanina zaskoczenia, ironii i nawet nagany. Gdzie były sklepy cynamonowe?, powtarza. Przecież one były w wyobraźni Schulza! Tam świeciły. Tam pachniały w taki niepowtarzalny sposób!
Pan Szrejer chce mi pokazać swoje włości, a ściślej to, co kiedyś należało do jego rodziny. Więc ta apteka była własnością jego dziadka, a ten dom miał jego ojciec, który robił doktorat z chemii w Zurychu i był kierownikiem laboratorium rafinerii ropy naftowej w Jaśle.
Jego rodzina zginęła w getcie, a ocaleli ci, którzy mieszkają w Argentynie.
Sam pan Alfred po wojnie przez szesnaście lat grał na skrzypcach i śpiewał w orkiestrze kinowej, najpierw kina „Kirów” (dawniej — „Wanda”), a potem w kinie „Komsomolec” (dawniej — „Sztuka”). Potem uczył w szkole muzyki.
A tu, mówi pan Alfred, bo chodzimy już bardzo długo po miasteczku, tu była bóżnica, obecnie — skład mebli. Te suche badyle, które pan widzi? W lecie rośnie tu wielkie zielsko. Czy mogła tu mieć swoje łóżko ta zidiociała dziewczyna Tłuja? Może mogła mieć.
Wszystko jest takie niejasne, takie niepojęte. Schulz pisał „Sklepy cynamonowe” w 1933 roku. Był to najstraszniejszy rok Wielkiego Głodu na Ukrainie, a więc niedaleko od Drohobycza. Schulz o tej wielkiej tragedii, tak skrywanej przed światem, z pewnością nic nie wiedział. Ale jakie działają tu siły, jakie prądy, jakie nie znane nam samym skojarzenia, zwfązki i opozycje, które sprawiają, że jego książka zaczyna się wielką, odurzającą wizją sytości?
„Adela wracała w świetliste poranki, jak Pomona z ognia dnia rozżagwionego, wysypując z koszyka barwną urodę słońca — lśniące, pełne wody pod przejrzystą skórką czereśnie, tajemnicze, czerwone wiśnie, których woń przekraczała to, co ziszczało się w smaku; morele, w których miąższu złotym był rdzeń drugich popołudni; a obok tej czystej poezji owoców wyładowywała nabrzmiałe siłą i pożywnością płaty mięsa z klawiaturą żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby zabite głowonogi i meduzy — surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nie uformowanym i jałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim i polnym”.
POWRÓT DO RODZINNEGO MIASTA
Pierwszy raz w Petersburgu. Jest sierpień, a mimo to panuje chłód i siąpi deszcz. Dostojewski uważał, że chmurna skandynawska pogoda jest cechą tego miasta: „Szary, jesienny dzień, zamglony i błotnisty, tak ponuro i z takim krzywym uśmiechem zajrzał przez mętną szybę do pokoju, że pan Goładkin całkiem już nie mógł wątpić, że nie znajduje się w jakimś tam królestwie za siedmioma górami, lecz w mieście Petersburgu...” (F. Dostojewski — „Sobowtór”).
Autor „Notatek z podziemia” często sugerował, że rozdrażnienia, złości i melancholie jego bohaterów mają swój związek z klimatem i nastrojem miasta: „Od samego rana zaczęło mi dokuczać jakieś dziwne przygnębienie. Wydało mi się nagle, że mnie, samotnego, wszyscy opuszczają i że wszyscy odwracają się ode mnie. Naturalnie, każdy ma prawo zapytać: któż to ci wszyscy? Bo przecież już osiem lat mieszkam w Petersburgu i nie umiałem zawrzeć prawie żadnej znajomości” (F. Dostojewski — „Białe noce”).
Szedłem z dworca (przyjechałem nocnym pociągiem z Moskwy), myśląc o panu Goładkinie i jego niezwykłych przygodach. Nie tylko zresztą o nim. Petersburg tak wiele razy pojawiał się w powieściach, w wierszach i w legendach, że wydaje się być miastem tyle rzeczywistym, co wymyślonym, a siła talentu Puszkina, Gogola i Dostojewskiego sprawia, że momentami ich bohaterowie są dla nas bardziej realni niż ci, których właśnie mijamy idąc ulicą.