Ludzie Uzboju oddawali cześć świętym kamieniom. Jest to typowe dla mieszkańców pustyń, którzy oddają cześć wszystkiemu, co mają pod ręką — kamieniom, wąwozom, studniom i drzewom. Tam, gdzie stał święty kamień, nie wolno było walczyć. Kamień ratował przed śmiercią. Tkwiła w nim siła stężona, zamknięta w formie wiecznej, danej raz na zawsze. Całowanie kamienia dawało ludziom niemal zmysłową rozkosz. Raszyd mówi mi, żebym zwrócił uwagę na ten fragment tekstu „Podróży”, gdzie Abu Abd Allah Mohammed lbn Abd Allah ibn Mohammed ibn Ibra-him al-Lawati at-Tandżi, znany jako Ibn Batuta, a w krajach Wschodu pod imieniem Szams ad-Dina, pisze, że „usta odczuwają niezmierną słodycz przy całowaniu kamienia, tak iż chciałoby się go całować bez końca”. Dla ludzi Uzboju kamień był istotą boską.
Myśl człowieka obracała się wtedy wokół takiej sprawy jak podział wody. Możemy to stwierdzić stosując metodę dedukcji. Jeszcze po Rewolucji, dopóki nie było reformy, podział wody był dla Turkmena wydarzeniem tak samo ważnym jak wybuch wojny albo zawarcie pokoju. Od tego zależało właściwie wszystko. Woda dostawała się na pole kanałami, które nazywają się aryki. Podział wody dokonywał się przy głównym aryku. Jeżeli była dobra wiosna, podział wody był świętem. Ale dobre wiosny bywają tu rzadko. W ciągu całego roku może spaść tylko tyle wody, ile w Europie przynosi jeden deszcz. A może być i tak, że cały roczny opad wyleje się z nieba w ciągu dwóch dni, a potem jest tylko susza. Podział wody zamieniał się wtedy w wojnę. Po obu stronach aryków ciągną się cmentarze, na dnie kanałów leżą ludzkie kości.
Bogacze mieli duże aryki, a biedni — małe. Biedny starał się cichcem uchylić zastawkę, żeby przypuścić do swojego aryku więcej wody. Bogacz tępił podobne praktyki. Tak wyglądała walka klasowa. Woda była przedmiotem spekulacji, była towarem na czarnym rynku. Istniała giełda wodna, hossa wodna, krach wodny. Ludzie zdobywali na wodzie fortuny albo tracili cały majątek. Powstały wtedy różne obyczaje, które zniosła dopiero Rewolucja. Kobieta nie miała prawa do przydziału wody. Wodę dostawali tylko żonaci mężczyźni. Ojciec, któremu urodził się chłopiec, żenił niemowlaka z dorosłą dziewczyną. Niemowlak, jako żonaty, dostawał nadział wody, była to droga bogacenia się tych ludzi, którym rodziło się dużo chłopców. Dopiero w 1925 roku I Zjazd Rad Turkmenii uchwalił rewolucyjny dekret, który zabrania żenić niemowlaki i przyznaje kobiecie prawo do wody.
Każdy starał się żyć jak najbliżej Uzboju. Rzeka niosła wodę, niosła życie. Wzdłuż brzegów prowadziły szlaki karawan. W nurtach Uzboju armia Dżyngis-chana pławiła konie. Tutaj docierali kupcy Samarkandy i Jomuci — handlarze niewolników.
Agonia rzeki, powiedział Raszyd, zaczęła się czterysta lat temu. Rzeka, która nagle pojawiła się na pustyni, zaczęła teraz szybko znikać. Uzboj stworzył cywilizację w samym wnętrzu pustyni, żywił trzy plemiona, łączył Zachód ze Wschodem, na brzegach Uzboju stały dziesiątki miast i osiedli, które odkopał Jusupow. Teraz rzekę pochłaniały piaski. Jej energia zaczęła słabnąć, jej prąd utracił siłę. Nie wiadomo, kto to pierwszy zauważył. Ali-ili, Chyzr i Tiwedżi zbierali się na brzegu patrzeć, jak odchodzi rzeka, źródło życia, siedzieli i patrzyli, ponieważ ludzie lubią przyglądać się swojemu nieszczęściu. Poziom wody opadał z dnia na dzień, przed ludźmi otwierała się przepaść. Cała walka klasowa wokół otwierania i zamykania zastawek straciła wszelki sens. Nie miało znaczenia, kto ma jaki aryk — w żadnym aryku nie było wody. Ludzie biegali do mułłów, biegali do iszanów, obłapywali każdy napotykany kamień. Nic nie pomagało. Wysychały pola i więdły drzewa. Za worek wody kupowało się karakułową owcę. Karawany, które przedtem zatrzymywały się tu i tam, teraz przebiegały w pośpiechu, jakby tę ziemię nawiedziła epidemia. Pustoszały bazary, kupcy zamykali sklepiki.
Jusupow, który kopał w oazach Uzboju, twierdzi, że wśród znalezionych tam rzeczy panuje wielki nieporządek. Ludzie rzucali wszystko, co mieli. Dzieci rzucały zabawki, kobiety rzucały naczynia. Musiała ich ogarnąć panika, histeria, strach. Na pewno krążyły najbardziej fantastyczne plotki. Może pojawili się prorocy i wróżbici. Ludzie czuli, jak zaciska się obręcz pustyni, na progu ich domów śpiewał piasek.
Zaczął się wielki exodus. Ludzie plemienia Ali-ili, plemienia Chyzr i Tiwedżi (ci ostatni zwani również poganiaczami wielbłądów) ruszyli na południe, ponieważ powszechna była wówczas sława południowych oaz Mary i Tedżenu. Wygnańcy szli przez pustynię Kara-Kum, co oznacza Czarne Piaski, największą pustynię Turkmenii i całej Azji Środkowej. Za sobą mieli martwą rzekę, która leżała wśród piasków jak rozbity dzban. Piasek zasypywał aryki, pola i domy.