Raszyd mówi, że plemiona martwej rzeki natrafiły na opór ludności oaz południowych. Mieszkały tam plemiona Tekę i Saryk. To wszystko byli Turkmeni, ci przybysze i miejscowi, to był jeden naród rozdzierany walką o wodę. Raszyd mówi, że w oazach panuje idealna proporcja między ilością wody i liczbą mieszkańców i dlatego oaza nie może przyjmować nowych ludzi. Oaza może przyjąć gościa, może przyjąć kupca, ale nie przyjmie całego plemienia, bo to od razu naruszy jej bilans, od którego zależy cały byt. Dlatego między pustynią i oazą musi toczyć się wojna. Człowiek jest tu postawiony w sytuacji bardziej kategorycznej niż jego brat żyjący w strefie umiarkowanej i dlatego przyczyny wojen są tu głębsze i, chciałoby się powiedzieć, bardziej ludzkie niż w Europie, gdzie historia zna wojny wszczynane z tak błahych powodów, jak obraza prestiżu, spór dynastyczny czy mania prześladowcza panującego. Na pustyni przyczyną wojny jest chęć życia, człowiek rodzi się od razu zaplątany w tę sprzeczność, na tym polega dramat. Dlatego Turkmeni nigdy nie znali jedności, rozdzielał ich pusty aryk. Śmierć Uzboju, która wygnała na południe plemiona martwej rzeki, dała początek bratobójczym wojnom Turkmenów. Ciągnęły się one wiekami, aż do naszych czasów. Zdarzały się jeszcze tuż po Rewolucji, chociaż te wojny porewolucyjne były już bardziej upolitycznione. Raszyd powiedział, że teraz wodę rozdziela ministerstwo. Powiedział, że w 1954 roku przyjechały do Bosagi spychacze. Bosaga leży w Turkmenii, nad rzeką Amu-darią, niedaleko granicy Afganistanu. Od tego miejsca zaczęli kopać kanał. W ten sposób rzeka, która raz pojawiła się sama i odeszła, została z powrotem wprowadzona na pustynię przez człowieka. Oto, jakie koło zatoczyła historia. Podobnie jak kiedyś, razem z wodą ściągnęły na pustynię ryby i ptaki. Brzegi kanału zamieniły się w kwitnącą i ludną oazę. Kanał ma teraz osiemset kilometrów, a będzie miał dwa razy tyle i dojdzie do Morza Kaspijskiego, jak kiedyś Uzboj.
Woda w kanale jest słodka, powiedział Raszyd. Nabrał dzbanek i kazał mi wypić. Była chłodna i smaczna. Ponton kołysał się przy brzegu, naokoło była pustynia. Na tym pontonie, w dużej kajucie wyklejonej zdjęciami aktorek i porozbieranych modelek, mieszkała brygada Jarosława Szcza wieją, czterech Ukraińców. Raszyd i ja byliśmy ich gośćmi, zresztą przypadkowo, bo zepsuła nam się motorówka, musieliśmy stanąć. Brygada kopie odnogę kanału, żeby woda mogła dojść do kołchozu. Ogromne ciężarówki, o kołach tak wysokich jak człowiek, wożą ziemię z miejsca na miejsce. Na górze piachu stoi jasnooka dziewczyna, która zapisuje kierowcom kursy. A jak zapisuje? A tak, żeby mieli wykonaną normę. Ma na imię Palina i przyjechała tu gdzieś spod Charkowa. Jeżeli kierowca jest sympatyczny, Palina postawi mu tyle kresek, że zostanie przodownikiem. Kiedy robi się bardzo gorąco, Palina odkłada zeszyt, skacze do kanału, płynie na drugi brzeg, wraca i znowu stawia kreski. Szczawiej goni Palinę, żeby smażyła ryby. Sam posłał jedną z tych wielgachnych ciężarówek gdzieś hen, do kołchozu, po wódkę. Zrobili nam sute przyjęcie. Odjeżdżaliśmy wieczorem. Światła statków odbijały się w wodzie kanału.