Pozwalałem jej mówić niczym zahipnotyzowanej, której wyznań człowiek stara się nie przerywać. Mojej ciekawości towarzyszył przemożny przedsmak prawdy. Jeszcze bardziej niż słowa ostateczną prawdę życia Wiery zdradzała niefrasobliwa swoboda jej ciała. Kobieta taka jak ona, owa niewzruszona bogini, nieugięta wobec czasu, obojętna wobec losu, mogła zatem również być taka: rozbrojona dwoma kieliszkami słodkiego wina, z policzkami zaczerwienionymi jak u nastolatki, oddająca się zwierzeniom, ubarwionym sentymentalizmem starej panny z prowincji, odczuwająca wyraźną przyjemność z tej „światowej” kolacji „przy świecach”, w akompaniamencie tych tęsknych, przeciągłych fraz: when the down flames in the sky, I love you…
Tak, życie, prawdziwe życie, ów bezustanny melanż gatunków.
Dumny z tej nowej dla mnie mądrości, odgrywałem magnetyzera, dolewając wina, zmieniając kasety, zadając pytania głosem ledwie słyszalnym, żeby śpiąca nie oprzytomniała.
– Niedawno widziałem panią wychodzącą wieczorem, dokąd się pani wybrała?
– Wczoraj, nie, to było przedwczoraj, pojechałam na dworzec… Czekałam na pociąg z Moskwy… To mi się zdarza od czasu do czasu. Zawsze to samo marzenie: wieczór, peron, on wysiada, zmierza w moją stronę… Tym razem to było bodaj jeszcze bardziej rzeczywiste niż przedtem. Byłam pewna, że przyjedzie. Pojechałam, czekałam. To wszystko jest irracjonalne, wiem. Ale gdybym nie pojechała, więź zostałaby przerwana… I nie byłoby już sensu dłużej czekać…
Zamrugała powoli powiekami, uniosła ku mnie spojrzenie, dalekie i zamglone, niewidzące mnie, gdyż zmącone cieniami przeszłości. Czułem, że w tym momencie jej zaślepienia mogę sobie pozwolić na wszystko. Mogłem ująć ją za rękę, już dotykałem tej dłoni, wodziłem delikatnie palcami po przedramieniu. Siedzieliśmy, obok siebie i poczucie, że mam nad tą kobietą władzę, przepełniało mnie ogromną siłą i czułością. Niemalże wyszeptałem:
– A kiedy zorientowała się pani, że nikogo nie ma, od razu pani wróciła? – Zdawało mi się, że wypracowałem rytm i ton, dzięki którym nie ryzykowałem wyrwania jej z tego snu na jawie. Delikatnie obejmowałem jej ramiona, gest ów, gdyby nagle doszła do siebie, można by jeszcze uznać za przyjacielską poufałość, związaną z miłym wieczorem i winem.
– Tak, wróciłam… Ale być może po raz pierwszy w życiu miałam ochotę… zapomnieć się, zapomnieć o wszystkim, odurzyć się jak dziewczyna. Po prostu żyć lekkomyślnie, beztrosko… Jak teraz, przy tej głupawej muzyce, przy tym winie…
Ramię Wiery opierało się lekko o moją pierś, a kiedy mówiła, brzmienie jej głosu odbijało się we mnie fizyczną wibracją. Nic już nie dzieliło naszych ciał, jedynie jej bluzka z białego jedwabiu, o niewinnym, niemodnym kroju i te cienie wycofujące się z wolna z jej spojrzenia. Moja ręka niepostrzeżenie ześlizgnęła się z ramienia Wiery ku talii. Jej włosy pachniały brzozowymi liśćmi namoczonymi w ciepłej wodzie…
Przez kilka sekund udało nam się – w milczącym porozumieniu – ignorować ten dźwięk. Uważać go za uporczywe uderzanie o szybę gałęzi jarzębiny, targanej podmuchami od Morza Białego. Ale tej nocy nie było wiatru. Odsunęliśmy się od siebie, popatrzyliśmy w stronę okna. Z zewnątrz obserwowało nas pół twarzy, zabarwionej na żółto światłem świec. Drobna, zaciśnięta mocno pięść postukiwała o szybę. W przelotnym spojrzeniu, jakie wymieniliśmy, można było wyczuć nasz popłoch, a zwłaszcza niedorzeczność tego lęku, tej obawy przed zjawą. Wiera poprawiła bluzkę, ja poszedłem otworzyć, podczas gdy ona szukała pod stołem pantofli. W progu stała Maria, zgięta wpół staruszeczka, mieszkająca w chacie obok łaźni.
– Jekatierina bardzo źle się czuje, trzeba by do niej zajść…
Powiedziała to, omijając mnie wzrokiem, jakby w pomieszczeniu znajdowała się wyłącznie Wiera. Wieśniacza subtelność, pomyślałem, wycofując się pod ścianę. Wiera wyszła w towarzystwie staruszki, już na dworze zarzucając płaszcz, jak czynią to wiejscy lekarze obudzeni w środku nocy. Sprzątając pozostałości naszej kolacji, powtarzałem sobie z prześmiewczą urazą, że owa interwencja losu (nie, Losu!) będzie zapewne tej zimy interpretowana i komentowana na tysiąc sposobów podczas długich nocnych monologów wewnętrznych Wiery. I ogarnęła mnie nieodparta ochota, by sprowokować ów osławiony los, oskubać tego anioła stróża objawionego nam pod postacią zasuszonej staruszki.
2