W tym momencie drzwi się otworzyły i gospodarz domu wręczył mi długą pelerynę z namiotowego brezentu i dwie butelki wódki. Wciąż cieszyłem się pewnymi przywilejami ze względu na mój status leningradzkiego intelektualisty.
Za dwie godziny Otar miał złapać pociąg do Moskwy, ten sam, na który czekałem poprzedniego dnia. Odprowadził mnie do rogatek miasta, na drogę, gdzie wczesnym rankiem można było się zabrać jednym z wielkich traktorów rozwożących korę jodłową. Gdy usłyszeliśmy warkot silnika, wyjął pospiesznie z torby kopertę z wytłaczanego papieru, wetknął mi ją do ręki i wymamrotał, jednocześnie zmieszany i władczy:
– Zostawisz ją w skrzynce na listy, wiesz której, na rozstajach. To dla niej…
Po czym klepnął mnie solidnie w ramię, podrapał mi policzek swoim zarostem i ustawił się na środku drogi, żeby zatrzymać traktor.
Gawędząc z kierowcą w zadymionej kabinie, od czasu do czasu przez brezent peleryny dotykałem chropowatej koperty.
Prostokąt wpadł do skrzynki na listy z dźwięcznym i głuchym odgłosem. Tyle nadziei związanych z kawałkiem blachy! A zresztą te nadzieje… Przywołałem w pamięci wodę kolońską mężczyzny, który wczoraj wysiadł z moskiewskiego pociągu, obiad, wielkie łoże, kobietę wydającą jęki rozkoszy. A zatem Otar był równie łatwowierny jak ja. „Artysta, któremu trzeba piękna i czułości…”.
Deszcz ustał, opuściłem na plecy kaptur peleryny, odetchnąłem z poczuciem, jakbym wyszedł z zamknięcia na świeże powietrze. Ranek przypominał raczej schyłek dnia, ponury i mroźny, gliniasta droga zryta gąsienicami przywodziła na myśl wojenny szlak. Okrążyłem skraj lasu, wychodząc na drogę prowadzącą do Mirnoje. Wkrótce wioska wyłoniła się z wilgotnej szarości i wydała mi się bardziej opustoszała niż wymarłe osady, które odwiedzałem od dwóch miesięcy podczas swoich wędrówek.
A najbardziej wyludniona była ta chata z ładnymi koronkowymi firankami w oknach. Kobieta, która tu mieszkała, spała zapewne w tej właśnie chwili w ramionach mężczyzny, gdzieś w mieście. Wielkie łoże rozgrzane przez ich ociężałe po miłości ciała, męska woda kolońska zmieszana ze słodko-gorzką nutą „Czerwonej Moskwy”…
Drzwi otworzyły się w momencie, kiedy od schodków dzieliło mnie może dwadzieścia kroków. Ledwie ujrzałem sylwetkę Wiery, ona wycofała się pospiesznie i zniknęła. Puste wiadro upadło na schodki i potoczyło się na ziemię z żelaznym łoskotem. Podszedłem bliżej, drzwi były z powrotem zamknięte i dom znów sprawiał wrażenie opuszczonego. Wahałem się, czy zapukać, podniosłem wiadro i odstawiłem je na podest przed wejściem. Po kilku sekundach dreptania pod oknami ruszyłem w dalszą drogę, nie bardzo rozumiejąc, co tu się właściwie stało.
W mojej zamroczonej alkoholem i niepotrzebną gadaniną tej bezsennej nocy głowie dokonał się rachunek: skoro Wiera tak wcześnie rano była już u siebie, nie mogła spędzić nocy z kochankiem, chyba żeby wracała po ciemku drogami trudno przejezdnymi nawet za dnia. Albo też była to przelotna schadzka, takie markowanie miłości, jak to, którego nie dokończyłem z nauczycielką historii. „Życie to nic innego jak tylko ciepła wilgoć kobiecej pachy…”, przypomniałem sobie ze wstrętem. I nagle radość, spontaniczna, gwałtowna, nazbyt gwałtowna wobec prostego stwierdzenia, które ją wywołało: kobieta, która właśnie upuściła wiadro, z nikim się nie spotkała i – tak jak zawsze – wróciła do domu sama.
Rozejrzałem się wokół. Zimna cynowa toń jeziora, ciemne bale fasady gmachu dawnej siedziby władz… I to przepołowione lustro, zapomniane przy spróchniałych schodach. Przystanąłem, rzuciłem okiem na jego matową, naznaczoną kroplami deszczu powierzchnię. I jak Wiera, odruchowo się cofnąłem…
Żołnierz odziany w długą pelerynę, czarną od deszczu, w ciężkich od błota dróg buciorach, wbił we mnie spokojne poważne spojrzenie.
III
1
Mówiła z miną skupioną i nieobecną zarazem. Pod stołem, który, spodziewając się wizyty Wiery, nakryłem serwetą, widziałem jej nieobute stopy. Czerwone czółenka, modne zapewne jakieś piętnaście lat temu, leżały na boku, niczym kobiece pantofelki rzucone niedbale u stóp miłosnego łoża. Pantofle chyba teraz już dla niej za ciasne. Obcasy miały oblepione ziemią, tą gliniastą masą pokrywającą owe sto metrów dzielące nasze chaty. Mówiła, wpatrując się uporczywie w odblask płomienia na kieliszku. Świeczki, czuły charkot jazzowego śpiewaka… Usiłowałem stworzyć nastrojową atmosferę.
Czemu miałabym kłamać? Czasami się boję, tak, naprawdę się boję, że on wróci… Teraz życie jest już poza mną… Ale nawet przedtem obawiałam się tego powrotu… Wczoraj, kiedy pana ujrzałam w tej wojskowej pelerynie, omal nie umarłam ze strachu. Pierwsze słowa, pierwsze gesty… Ćwiczyłam je dla niego od trzydziestu lat, a tu nagle zupełnie nie wiedziałam, co robić.