– Potem… Potem wyszła za mąż. To było tak zwane otwarte małżeństwo, z mężczyzną o piętnaście lat od niej młodszym, dziarskim czerwonym komisarzem, Kozakiem, który miał czelność unieważniać rozkazy samego Lenina. Wdawała się we wszelkie możliwe przygody, wojenne i miłosne. Kochała także kobiety, jak się zdaje. A potem się zestarzała, a jej mąż zakochał się w innej kobiecie, tym razem nie na zasadzie szklanki wody, ale na serio. Cierpiała okrutne męki zazdrości. Ona, która tak zajadle zwalczała ów mieszczański przesąd. Później przyznała w liście, że istnieją rzeczy tak proste i bolesne, jak wiek kobiety, przywiązanie do kogoś wymagające wyłączności, nieznośny ból utraty, wierność, tak, wierność, i… I – rzecz jeszcze głupsza i prostsza – miłość.
Wyczuwałem, że znajduje się w stanie podobnego rozprężenia, jak poprzedniego wieczoru. Teraz bardzo łatwo mógłbym ją objąć, przyciągnąć do siebie, pocałować. Nie wzbraniałaby się, byłem tego pewien. Sprawa łatwa i zupełnie niemożliwa. Słyszeliśmy trzaskanie ognia w wielkim kamiennym piecu, szelest gałęzi ocierającej się o szybę. W oczach Wiery, wpatrzonych w taniec płomienia, gęstniały cienie.
Strzeliło polano, na podłogę posypał się snop iskier. Zwróciła ku mnie twarz i przemówiła niespodziewanie poważnym tonem:
– Niedawno znalazłam list od Otara. Zapewne to pan go przywiózł… Pierwszy prawdziwy list od trzydziestu lat. Pisze o tych właśnie sprawach: o bezwzględnym przywiązaniu, wierności, czekaniu. Twierdzi, że gotów jest czekać. Całkowicie zmienić swoje życie. Wrócić tutaj, w te strony, gdzie tyle czasu przebywał przymusowo. Zamieszkać w Mirnoje. Ze mną. I odejść, jeśli tamten drugi (jak pisze: „mężczyzna, który ma wrócić”) wróci…
Wargi miała rozchylone, oddech urywany, jak po biegu. Oczyma wyobraźni ujrzałem ją w pędzie, w panicznej ucieczce przed siebie, która musiała się zakończyć upadkiem, przeciągłym krzykiem bólu i szlochem. Z niezręcznym pośpiechem spytałem:
– I odpowie mu pani?
Rzuciła mi zadziwiająco przenikliwe, niemalże przeszywające spojrzenie.
– Już to zrobiłam.
– I…
– I odpowiedź brzmi: nie. Bo ten, który ma wrócić, wróci. W przeciwnym razie miłość to tylko wypita pospiesznie szklanka wody, jak mówiła nasza piękna Aleksandra…
Uśmiechnęła się, wstała, żeby ubrać się do wyjścia. Ocknąwszy się z odrętwienia, podałem jej ten długi kawaleryjski płaszcz. Z przyjacielską swobodą życzyła mi dobrej nocy, pocałowała mnie szybko w policzek. Jedynie leciutkie drżenie w kącikach warg zdradzało to, nad czym zdołała zapanować.
Stałem na zewnątrz, dopóki nie dotarła do drzwi swojej chaty. Szła powoli, sprawiając wrażenie, jakby powstrzymywała pragnienie, by rzucić się do ucieczki. W roztargnieniu omiatała drogę elektryczną latarką, chwilami kierując strumień światła w górę i godząc w posępny bezkres nieba.
3
Przyszedłem przed rozpoczęciem koncertu, żeby po kryjomu być obecnym przy próbie, Dawny ślubny ceremoniał mniej więcej już znałem. Miałem przede wszystkim ochotę zobaczyć niepewne wyłanianie się ról, choreografię zapomnianych ruchów, które nagle ożywają w pamięci ciała. Chciałem usłyszeć te stare głosy, jak będą stopniowo się zestrajać, przezwyciężając tyle lat milczenia… Okrążywszy chatę, w której niegdyś mieściła się miejscowa biblioteka, gdzie miał się odbyć spektakl, przycupnąłem pod oknem. Stłuczona ćwiartka szyby została zastąpiona dyktą, więc dobrze słyszałem, co dzieje się w środku.
Zebrały się tam wszystkie „pensjonariuszki” z Mirnoje, siedem kobiet odzianych w długie suknie z innej epoki, w kwieciste szale. Biel, złocista rudość, czerń. Wiejski przepych wyciągnięty z lamusa – nawet przez szybę widać było przetartą tkaninę i wyblakłe kolory. Jekatierina, drobna i zasuszona, wystrojona w swego rodzaju pomarańczowy sarafan, za duży dla niej, była zwrócona tyłem do okna, dyrygując chórem. Pozostałe staruszki ustawiły się w półkole i z ramionami skrzyżowanymi na piersi pokornie stosowały się do jej wskazówek. Status dyrygenta przypadł Jekatierinie w sposób jak najbardziej naturalny: ona jedyna pamiętała w całości pieśni i kroki składające się na dawny obrzęd.
Przygotowywały go na życzenie owego wielkiego leningradzkiego uczonego, którym – uzurpator wbrew sobie – byłem w ich oczach.
Zresztą próbę raz po raz przerywały krótkie, acz gwałtowne dyskusje, których przedmiotem byłem ja. Czy też raczej moje stosunki z Wierą. Ścierały się dwie opinie: z niebezpiecznego i amoralnego intruza, jakim widziała mnie większość, dzięki moim dwóm adwokatkom stawałem się „dobrym chłopcem, co to potrafi rąbać drewno jak nikt”. Jekatierina, która z racji swojej roli starała się godzić zwaśnione strony, przywoływała moje przykładne zachowanie tamtego dnia, gdy ją niosłem przez las, niemniej jednak przyznawała, że „dzisiejsi leningradczycy mają serce z granitu jak ich miasto…”.