Nie opuszczała mnie nieprzyjemna świadomość, że bezczeszczę to miejsce, znieważam przeszłość. Drzwi otworzyły się ulegle. W przyćmionym świetle pozbawionego słońca dnia wnętrze chaty wydało mi się niepewne, jakby nieufne. Pośrodku izby wznosiła się ta sama zaskakująca budowla: domek wewnątrz domu. Przy piecu stała para starych filcowych butów o dziurawych podeszwach, niczym obcięte nogi gotowe do wymarszu. Przezwyciężając niejasny, zabobonny lęk, pchnąłem drzwi wewnętrznej chatki, Maleńkie łóżeczko, malusieńki taborecik, wąziutka półeczka w roli nocnego stolika. A na ziemi pożółkła koperta. „Stary list, który czytała co wieczór od nowa”, pomyślałem, odwołując się do książkowych i filmowych szablonów…
Nie, to była swego rodzaju ostatnia wola przygotowana zawczasu przez tę kobietę, która spodziewała się umrzeć w samotności. Dużym starannym pismem zanotowała swoje nazwisko, imię, miejsce i datę urodzenia. Na odwrocie zaznaczała w słupku pierwszy dzień każdego miesiąca, niewątpliwie po to, by można było ustalić przybliżony czas jej śmierci… A u dołu strony, wciąż tym samym nieco szkolnym pismem, dodała następujące życzenie: „Proszę, jeśli to możliwe, zasadzić na moim grobie dziką różę. Mój mąż, Iwan Nikiforowicz Glebow, który zginął za Ojczyznę w sierpniu 1942 roku, bardzo lubił ten krzew”.
Wychodząc z chatki-matrioszki, zawróciłem do Mirnoje, tą samą drogą, którą szliśmy, prowadząc Jekatierinę do jej nowego domu.
Dotarłem do wioski u schyłku dnia i postanowiłem zostawić list Jekatieriny u Wiery, dodając karteczkę od siebie: czy należy oddać te smutne zapiski staruszce teraz, gdy jej sytuacja jest zupełnie inna? W rzeczywistości wykorzystałem tę podniesioną z ziemi kopertę, żeby choć na minutkę zajrzeć do domu Wiery. W Mirnoje nigdy nie zamykano drzwi na klucz.
W głównej izbie nic się nie zmieniło od naszego ostatniego spotkania. „Mieszkanie mniszki albo starej panny”, myślałem złośliwie, chociaż zdawałem sobie sprawę, że ten osąd jest może prawdziwy ze względu na skromność chaty, lecz fałszywy, jeśli chodzi o istotę rzeczy. Gdyż mimo pozornego porządku czuło się tutaj gęstą i niepokojącą obecność kobiety. Za uchylonymi drzwiami sypialni widziałem wysokie łóżko w wiejskim stylu z żelaznymi prętami w nogach i u wezgłowia. Na wieszaku przy piecu wisiała bluzka… Nie, ostatecznie to wcale nie te niedyskrecje zdradzały tajemnicę Wiery. Raczej wspomnienie kobiety, która w świetle zachodzącego sierpniowego słońca wyciągała z wody rybacką sieć, a fałdy mokrej sukni osłaniały jej ciało. Innej kobiety o nagości powleczonej błękitną księżycową poświatą, przed drzwiami łaźni w tamtą wrześniową noc. Innej, tej, która podała mi wiosło o trzonku ciepłym jeszcze od dotyku jej dłoni. Jeszcze innej, siedzącej na skraju ławy ze wzrokiem utkwionym w rozstaje dróg. A także tej, którą usiłowałem zahipnotyzować moimi nieśmiałymi pieszczotami.
Wszystkie te kobiety tu były. Nie, nie w tej izbie, lecz we mnie, bez mojej wiedzy stały się częścią mego życia. A jeszcze wczoraj Mirnoje wydawało mi się jedynie krótkim epizodem, nieledwie zakończonym.
Przed wyjściem odwróciłem się raz jeszcze, żeby zachować w pamięci milczącą intymność tej izby. Co dziwne, ów ostatni rzut oka przypomniał mi podwójną chatkę Jekatieriny. Wyobraziłem sobie Wierę samą tutaj, w środku zimy, usiłującą wyjrzeć na zewnątrz przez oblodzone szyby…
Nie dając sobie czasu do namysłu, chwyciłem brzeg długiej ławy i pchnąłem ją w głąb izby. Następnie w ten sam sposób cofnąłem wielki stół. Meble z grubych desek, o cyklopowym ciężarze. Teraz, jeśli usiadło się na skraju ławy, nie widać było odległych rozstajów, lecz taflę jeziora nasyconą już fioletem nieba.
Trzeciego dnia nigdzie nie dotarłem, zwiedziony nieustającą grą świateł. Zachód zasnuł się niskimi ołowianymi chmurami, wróżącymi atak śniegu. Potem z kolei zerwał się południowy wietrzyk, przynosząc ze sobą słońce, pnie świerków stały się rdzawe, ciepłe, pachnące żywicą. To było jak obietnica wiosny, zapowiedź dnia bez końca, początek nowego życia. Z beztroską zapamiętałych wędrowców, którzy nie myślą o powrocie, popędziłem na szlak wiodący ku morzu. Godzinę później niebo przygasło, powietrze nabrało lodowej cierpkości i zawróciłem z drogi. W oczekiwaniu na nową wiosenną złudę.
Lśniący miraż rozświetlił las w momencie, kiedy usiłowałem pokonać strumień. Znałem już tę wąską rzeczułkę o przejrzystości mocnej herbaty. Przekraczało się ją, przecinając las, żeby sobie skrócić drogę do Mirnoje. Ale poziom wody wyraźnie wzrósł i bród, który zdarzało mi się już przemierzać, ginął obecnie pod falującą pierzynką z alg. Uklękłem, wypiłem lodowaty łyk, palący niczym alkohol, po czym ze skrupułami olbrzyma, co niszczy kruche piękno wyrafinowanej kompozycji z wody i piasku, zacząłem iść, ostrożnie, starając się nie zmącić dna, gdzie spoczywały jesienne liście. Słońce właśnie przeniknęło przez chmury, znów była wiosna, włóczęga bez celu, oślepiająca gonitwa złocistobrązowych, wibrujących pod powierzchnią wody błysków.