Jeden fałszywy ruch, jeden rzut oka za dużo wystarczyłby, żeby zmienić tę schadzkę w obłąkańczą pantomimę. Cel spotkania był wiadomy: mieliśmy spędzić razem noc. Taka była logika całej tej inscenizacji i to właśnie wydawało się coraz bardziej nieprawdopodobne. Coraz bardziej wyczekiwane i niemożliwe. Ta kobieta, która uśmiechała się do mnie i – przechylając na bok głowę – ściskała moją dłoń między policzkiem i ramieniem. Niemożliwe. Tak jak słodki smak szminki, który właśnie pozostawiła na moich wargach.
Baliśmy się, że jedno z nas wstanie i wymamrocze z ziewnięciem: „No dobra, to wszystko żart, prawda?”.
Od czasu do czasu ten lęk przebijał na moment w naszej intonacji, w naszej mimice i maskowaliśmy go pospiesznie. Mieliśmy wybór między dwoma scenariuszami: albo ta kolacja przemieni się w solidnie zakrapiany posiłek w wiejskim stylu, z hałaśliwą radością i naturalną poufałością bliskich sąsiadów, albo atmosfera zacznie przypominać studencką imprezę. Czuliśmy się współwinni. Należało przemienić tę starą chatę, ten wiatr potrząsający szybami w oknach, nietrwałe ciepło tej izby i ciepło naszych ciał w miłosną schadzkę, uczynić z tej nieokreślonej mieszanki zmysłowy aliaż. Nasze dłonie, nasze ciała weszły w rolę, nasze słowa szybko zdusiły w zarodku nieme zakłopotanie. Jedynie oczy wymieniały niekiedy mrożące wyznanie: „Po co to wszystko? Właśnie, po co?”.
Ta gra stawiała opór rzeczywistości do chwili, gdy – stojąc naprzeciw siebie – znaleźliśmy się na progu sypialni. Zapadła cisza, którą zaraz przytłumiło dzikie wycie wiatru, trzaskanie drew w piecu i – jeszcze bardziej ogłuszające niż te odgłosy – nasze zmieszanie. Pomimo pijackiego otępienia zaświtała mi bardzo jasna myśl: ta kobieta nie wie, co ma teraz robić, nie potrafi już dalej grać. Objawiło mi się wspomnienie wczesnomłodzieńczej miłości, cień pierwszej kochanki i podobnej ignorancji w obliczu pożądania.
Przezwyciężyła tę niepewność niemal natychmiast. Znów stała się kobietą dojrzałą, kobietą, która zna się na rzeczy, tak że jej wahanie można było uznać za lubieżną ociężałość upojonego alkoholem ciała. Parsknęła nawet drwiącym śmieszkiem, kiedy chciałem pomóc jej się rozebrać. Naga, przyciągnęła mnie do siebie, wiodąc do tego wysokiego łoża, które tyle razy sobie wyobrażałem. Wyobraziłem sobie przecież nawet ten zapach męskiej wody kolońskiej. Mojej własnej. I zapach jej włosów, skóry, wyschłych brzozowych liści ożywionych parą łaźni.
Ta pewna siebie kobieta zniknęła przy pierwszych uściskach. W miłości zupełnie nie wiedziała, kim jest. Dorodne kobiece ciało i brak doświadczenia nastolatki. Potem gwałtowność – muskularna, wojownicza, narzucająca swój rytm przyjemności. I znów niemalże nieobecność, uległość śpiącej, głowa odwrócona, oczy zamknięte, warga zagryziona z całej siły. Oddalenie tak całkowite – jakby już umarła – że w pewnym momencie odsunąłem się od niej i chwyciwszy za ramiona, potrząsnąłem, zaniepokojony jej bezruchem. Na wpół otworzyła oczy, zaszłe łzami, uśmiechnęła się do mnie i ten uśmiech – zgodnie z regułami naszej gry – przepoczwarzył się w mętny grymas pijanej kobiety. Jej ciało poruszyło się. Oddawała się z zapamiętaniem kobiety, która szuka u mężczyzny wybaczenia albo właśnie pragnie z niego zadrwić. Kilkakrotnie rozkosz wykrzywiła mi twarz. W takich chwilach męskiego spełnienia napotykałem jej wzrok, wyrażał on zdumiewające współczucie właściwe jedynie dla prostych umysłów i matek.
Udało mi się do samego końca zapomnieć; kim jest ta kobieta. Bo ilekroć to sobie przypominałem, przyjemność stawała się nie do zniesienia w swej świętokradczej nowości i straszliwej cielesnej pospolitości.
Na końcu nastąpiło trzaśnięcie drzwi, a może okna, nie od razu się zorientowaliśmy, Wiera wstała pospiesznie, przemierzyła pokój, kierując się w stronę wejścia. Kiedy na wpół ubrany – dołączyłem do niej, siedziała na skraju ławy, okryta swym długim kawaleryjskim płaszczem zarzuconym na gołe ciało. Wyglądała przez okno i zdawała się zupełnie obca wobec tego, co właśnie wydarzyło się między nami. „Bo też nic między nami nie zaszło”, pomyślałem wręcz w stanie bliskim halucynacji. Ta kobieta całe życie tkwiła przykuta do tej ławy, w oczekiwaniu na powrót mężczyzny… Wybełkotałem coś niewyraźnie, coś pomiędzy próbą zostania jeszcze i pożegnaniem. Nawet nie drgnęła, szepnęła „dobranoc”, nie odrywając wzroku od szyby.
6