Wybiegłem za Wierą, ale była już daleko. Uciekała teraz, nawet się z tym nie kryjąc, zmierzając na oślep w stronę wierzbiny nad jeziorem. Przez chwilę próbowałem ją tam odnaleźć, po czym zawróciłem, żeby zaczekać na nią przy jej chacie. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu zastałem ją już w środku, w trakcie pakowania walizki.
– Jutro wyjeżdżam na trzy dni do Archangielska. Wie pan, odbędzie się tam święto miasta, na które zaproszono wszystkie lokalne sławy. W tym również mnie, ma się rozumieć. Nie wiem zresztą, z jakiego tytułu przypadł mi ten zaszczyt. Pewnie jako heroicznej nauczycielce z głębokiej prowincji. Nieważne, będę miała okazję kupić lekarstwa dla staruszek. Jeśli jeszcze pan nie wyjedzie, a zobaczy pan, że któraś z nich gorzej się czuje, na wszelki wypadek zostawiam namiary na lekarza. Mieszka dwadzieścia kilometrów od Mirnoje, ale przecinając jezioro, dotrze pan do niego w ciągu godziny…
Przypomniałem sobie wtedy o uroczystościach, które miały się rozpocząć w tym miesiącu i potrwać – w postaci rozmaitych wydarzeń kulturalnych – aż do przyszłego roku, kiedy to planowano wydanie albumu, do którego winienem właśnie dostarczyć mój szkic o miejscowych zwyczajach. „O ślubnym rytuale – myślałem – wyśpiewanym przez staruszeczki, które potraciły mężów i synów ponad trzydzieści lat temu…”.
Rano patrzyłem, jak Wiera wyrusza w drogę. Miała na sobie jasnoróżowe palto, włosy upięła w kok. W mroźnym, przejrzystym powietrzu unosiła się przez chwilę goryczka jej perfum „Czerwona Moskwa”. W chodzie Wiery, w całej jej postawie czuło się agresywne zdecydowanie kobiety gotowej na wszystko, by wykorzystać swoją ostatnią szansę.
„Głupstwa! – przerwałem znienacka sam sobie te rozważania. – Po prostu kobieta, która przyspiesza kroku, w obawie, że przegapi przejazd ciężarówki przez rozstaje z pustą skrzynką na listy…”.
Gdy znikła mi z oczu, poczułem niemal ulgę, swego rodzaju wyzwolenie. Z lekkim sercem sam zacząłem się wreszcie szykować do wyjazdu, to znaczy wrzuciłem kilka książek i zeszytów na dno walizki, po czym błąkałem się z dala od wioski – w mrocznej i świetlistej katedrze lasu.
4
W jednej z wymarłych wiosek połówka kartki z zeszytu w kratkę na drzwiach dawnego sklepu spożywczego: „Wracam za godzinę”… Atrament rozmyty, napis ledwie czytelny. Drzwi zamknięte, a budynek od lat pusty. I ta obietnica powrotu za godzinę.
– Oto, co zostaje po upadku imperium – mówiłem sobie często, natrafiając podczas tych wędrówek na pozostałości epoki, której tak nie lubiliśmy. Epoki, która chciała uczynić z tej północnej krainy jeden wielki kolektywistyczny raj, a po której została teraz ta ogromna samotność urozmaicona kilkoma mimowolnie ironicznymi napisami, wkrótce już nie do odszyfrowania.
Gęste indygo świerkowego lasu, rdzawość poszycia, nieoczekiwanie drapieżna plama błękitu wśród szarości nieba. A czasem ciężki, ciemny błysk wody skrytego w gęstwinie stawu. Czerń, ochra, błękit. To właśnie odnajdywało się po zakończeniu pewnej epoki. „I po naszym przelotnym pobycie na tej ziemi…”, myślałem, wracając wieczorem do domu. Walizka była już prawie spakowana, dom oczyszczony ze śladów mojej obecności. Życie w Mirnoje w dalszym ciągu będzie się toczyć spokojnie po moim wyjeździe. To było zdumiewające, przykre, oczywiste.
W takich chwilach dni, które tu spędziłem, wydawały mi się niespełnione, zmarnotrawione przez moją niezręczność: jakże niepełne to spotkanie z Wierą, z jej przeszłością, z tym, co – na krótko – zrodziło się między nami. Czyli właściwie co? Przychodziły mi na myśl słowa pretensjonalne, napuszone: przywiązanie, pożądanie, zazdrość… Ruszyłem w dalszą drogę, wpatrzony w ciemne złoto opadłych liści, w biel zatopionej w jeziorze chmury. Ruchliwa trwałość tych wizji wyrażała znacznie lepiej to, co nas – w tak nieokreślony sposób – zbliżyło.
Każdego ranka planowałem wyprawić się aż do Morza Białego. I za każdym razem rezygnowałem. Pierwszego dnia z uzasadnionego – lekko zaprawionego hipokryzją – powodu, nie chcąc zostawiać staruszek bez pomocy. Tak naprawdę wcale mnie nie potrzebowały. Niczym grzeczne dzieci robiły wszystko, żeby nie zachorować („Żeby nie umrzeć!”, żartowałem cynicznie) podczas nieobecności Wiery. Wiemy jej zaleceniom uzupełniałem im zapasy wody, rąbałem drewno, odwiedzałem je po kolei. Nawet te najsłabsze objawiały niewyczerpaną radość życia. Obiecałem sobie, że nad morze wybiorę się nazajutrz.
Powstrzymało mnie wspomnienie, niewinne i groźne jednocześnie.
W połowie drogi do celu dotarłem do wioski, której z początku nie rozpoznałem. Niezamieszkane chaty, dachy o postrzępionych strzechach, zarośnięty sitowiem staw. Stopniowo zorientowałem się, gdzie jestem: Gostiewo, wioska Jekatieriny… Ogarnęło mnie poczucie – narastające w miarę, jak zbliżałem się do jej domu – że zapuszczam się na zakazany teren. Ławeczka, na której przysiadłem, czekając na wynik dyskusji pomiędzy staruszką a Wierą. Stopnie schodków skrzypiące pod moimi krokami.