Odciągnęła mnie kawałek naprzód, żeby staruszka mogła pożegnać się z domem. Jekatierina podeszła do schodków, przeżegnała się, skłoniła nisko, znów się przeżegnała, dołączyła do nas. Jej kot podążał za nią w pewnej odległości.
U wejścia do lasu myślałem o pierwszej nocy, jaką ta wioska spędzi teraz już bez żywej duszy. Chatka wewnątrz chaty, ławka, na której Jekatierina wypatrywała latem ukochanej gwiazdy, ów uczniowski zeszyt do gramatyki z epoki stalinowskiej. „Na pewnym etapie wyczerpania, dumałem, życie przestaje dotyczyć rzeczy. Być może to właśnie w tym momencie, tylko w tym momencie, konieczność wyrażenia życia w książce staje się bezwzględna…”
Około drugiej po południu ścieżki zaczęły rozmarzać. Miejscami musiałem nieść Jekatierinę, przeskakując błotniste rozpadliny. Ciało staruszki miało niematerialną lekkość charakterystyczną dla starych ubrań.
Wieczorem przeprowadzka nowej mieszkanki Mirnoje była zakończona. Nad chatą, którą wybrała dla niej Wiera, unosił się sinawy obłoczek dymu, zapach brzozowych drew, płonących w piecu. Wierzchołek dachu, czarne blanki lasu rysowały się na fiolecie nieba z wyrazistością i precyzją słupka rtęci, po czym – zmącone przezroczystym kłębem dymu – zaczynały delikatnie falować. Podobnie jak owa gwiazda, na północy, która także stawała się migotliwa i jakby bliższa.
Spostrzegłem Wierę przechodzącą powoli przez ulicę, z ramionami obciążonymi wiadrami z wodą. Przystanęła na chwilę, stawiając swe brzemię na ziemi, i trwała tak bez ruchu, ze wzrokiem utkwionym w jasną jeszcze taflę jeziora.
Dobroć, altruizm, empatia… Wszystko to wydawało mi się teraz nazbyt wydumane, nazbyt książkowe. Ten dzień nie miał na celu nic innego, jak tylko piękno tego obłoku dymu, pachnącego paloną korą brzozy, jak tylko żywe falowanie gwiazdy i milczenie tej kobiety na środku drogi, jej sylwetkę wyrzeźbioną w opalu jeziora.
„Na pewnym etapie wyczerpania, przypomniałem sobie, rzeczywistość przestaje dotyczyć rzeczy i staje się słowem. Na pewnym etapie cierpienia ból pozwala nam dostrzegać w pełni bezpośrednie piękno każdej chwili…”.
Panowała taka cisza, że z oddali usłyszałem lekkie westchnienie. Wiera ponownie dźwignęła wiadra i skierowała się ku chacie Jekatieriny. Przyszło mi do głowy, że staruszka musi odbierać to, co jej się teraz przydarza – tę woń drzewnego dymu, to jezioro za oknem swego nowego domu – niczym początek życia po życiu, skoro tak dawno pogodziła się z myślą o śmierci w samotności, skoro dla innych już właściwie umarła.
W Leningradzie, w Wigwamie, jakże często oddzielaliśmy dobro od zła tego świata. Miałem świadomość, że zło, które spustoszyło te północne wioski, było niezmierzone. A przecież nigdy jeszcze świat nie wydawał mi się równie piękny jak tego wieczoru, widziany oczami starej zmęczonej kobiety. Piękny i godny tego, by chronić go słowem przed naszą niszczycielską działalnością.
Spędziłem wiele dni w poważnym i pogodnym przekonaniu, że zgłębiłem tajemnicę życia Wiery.
A potem, tydzień po naszej wyprawie, w sobotni wieczór, zobaczyłem, jak zmierza ku rozstajom dróg, gdzie pod koniec dnia łapało się okazję do stolicy powiatu. Nie miała na sobie starego kawaleryjskiego płaszczyska, lecz eleganckie beżowe palto, w którym widziałem ją po raz pierwszy. Włosy zebrała wysoko nad karkiem w gruby kok. Szła szybkim krokiem i wyglądała – w jakże banalny i jakże niewiarygodny dla mnie sposób – jak kobieta, która spieszy na spotkanie z mężczyzną.
5
Podczas gdy ubierałem się gorączkowo, wybiegałem na ulicę i przedzierając się przez gęstwinę leśnego poszycia, pędziłem na rozstaje, w uszach rozbrzmiewało mi echo drwiących słów Otara: „Ty jesteś artysta, trzeba ci piękna i czułości…”.
Nic tak nie rani jak odkrycie miłosnej pospolitości u kobiety, którą się idealizowało. Życie, które wymyśliłem dla Wiery, okazało się romantycznym urojeniem. Prawda tkwiła w ciele tej kobiety, kobiety, która – co bardzo dobre dla zdrowia – raz w tygodniu (albo i częściej?) sypiała z mężczyzną, swoim kochankiem (człowiekiem żonatym?, wdowcem?), po czym wracała do Mirnoje i jak gdyby nigdy nic dalej pełniła swe posłannictwo przy staruszkach…
Biegłem, potykając się o ukryte pod liśćmi korzenie, aż wreszcie przystanąłem, bez tchu, z dłonią wspartą o pień drzewa. Mój oddech parujący w mroźnym powietrzu przydawał jeszcze w moim odczuciu fizycznej prawdziwości tym wyimaginowanym igraszkom. Dom, otwierająca się furtka, pocałunek, ciepło izby, obfity wiejski obiad, alkohol, wysokie podwójne łoże pod starym zegarem, kobiece ciało o rozchylonych szeroko udach, jęki rozkoszy… Porażająca i zupełnie naturalna oczywistość ich miłosnego zespolenia, całkowicie, po ludzku, zrozumiałego. I zarazem absolutna niepojętość, gdyż jeszcze wczoraj na tych rozstajach można było wyobrazić sobie widmową sylwetkę żołnierza wracającego po latach do domu.