Wstała, żeby z powrotem postawić czajnik na ogniu. Odwróciłem głowę, rzuciłem pospieszne spojrzenie za okno: z wyolbrzymioną wyrazistością sennego widziadła z lasu wyłonił się cień piechura.
Wiera wróciła, podała kanapki, na nowo napełniła filiżanki. To, co teraz mówiła, przypominało właściwie głos wewnętrzny, dawne argumenty, dla niej w pełni przekonujące, które przytaczała tylko dlatego, że akurat tam byłem.
– Zrozumiałam także, że wszystkie nasze leningradzkie debaty, antysowieckie czy prosowieckie, tutaj, w Mirnoje, były zupełnie pozbawione sensu. Kiedy tu przyjechałam, zastałam kilka bardzo starych kobiet, które straciły swoich bliskich na wojnie i wkrótce same miały umrzeć. Po prostu. Istoty ludzkie, które szykowały się na śmierć w samotności, bez narzekania, bez szukania winnych. Zanim je poznałam, nigdy tak naprawdę, w głęboki sposób, nie myślałam o Bogu…
Urwała, widząc, że błądzę wzrokiem po półkach z książkami (w rzeczywistości nagle było mi trudno wytrzymać jej spojrzenie). Uśmiechnęła się, wskazując ruchem brody rzędy tomów.
– Tak czy owak, byłam już za stara na uniwersytet. Wyglądałam jak krzepka kołchoźnica wśród tych młodziutkich studentek w minispódniczkach…
Dzień zgasł, Wiera sięgnęła do wyłącznika, ale rozmyśliła się i zapaliła zapałkę. Płomień świecy postawionej na parapecie okna migotał, pogrążając w ciemności pola i drogi za szybą. Usiadła na swoim zwykłym miejscu, wsłuchiwaliśmy się w ciszę, której wiatr nadawał szarpany rytm, i nagle dobiegło nas lekkie skrzypnięcie, westchnienie starej belki, znużony jęk futryny.
Spojrzenie nadal miała spokojne, jedynie rzęsy zatrzepotały gwałtownie. Szepnęła, jakby mnie już tam nie było:
– Zresztą, jak mogłabym wyjechać, skoro wciąż na niego czekam?
4
Podczas tej piętnastokilometrowej wyprawy w mroźny i świetlisty październikowy dzień wreszcie naprawdę miałem pewność, że dzielę z Wierą jej życie. Ponownie przebyliśmy trasę, którą zwykle chodziła do szkoły. Wierzbina przy brzegu, rozstaje ze skrzynką na listy, stara przystań… Tu droga skręcała na północ, w głąb lasu.
Przed kilkoma dniami jeden z uczniów powiedział jej o wiosce zagubionej gdzieś w gęstwinie, gdzie pozostała jedna jedyna mieszkanka, głucha i prawie ślepa staruszka, zdaniem chłopca, który zresztą niewiele zdołał się o niej dowiedzieć poza jej imieniem. Wiera udała się do przewodniczącego sąsiedniego kołchozu w nadziei, że uzyska ciężarówkę. Odpowiedziano jej, że na te zarośnięte krzakami drogi przydałby się raczej czołg… Tak więc w tę sobotę zapukała do moich drzwi i wyruszyliśmy, ciągnąc za sobą komiczny pojazd na wykoślawionych kółkach od roweru: wózek jednego z żołnierzy z Mirnoje, który wrócił z frontu bez nogi i umarł niedługo po zakończeniu wojny.
Mróz ułatwił nam zadanie, gdyż błoto zamarzło na kamień i można było iść nawet przez torfowiska. Zatrzymywaliśmy się co pewien czas, żeby odsapnąć, a przy okazji zerwać garść żurawin, niczym maleńkie kulki sorbetu, które rozpuszczały się powoli pod językiem, kwaśne i lodowate.
Bodaj po raz pierwszy, odkąd się poznaliśmy, nasze gesty, słowa i nasze milczenie wydawały się tak naturalne. Miałem wrażenie, że nie muszę się już niczego domyślać, niczego próbować zrozumieć. Życie Wiery było dla mnie przejrzyste jak te niebieskie witraże osadzone między czarnymi wierzchołkami świerków.
„Samozaparcie, altruizm…”. Podświadomie szukałem w myślach wyrażeń na określenie charakteru tej kobiety. Wszystkie jednak okazywały się chybione wobec prostoty, zupełnie pozbawionej wyrachowania, z jaką Wiera postępowała. Doszedłem do wniosku, że dobro (Dobro!) to sprawa złożona i sprzyjająca grandilokwencji, jeśli robić z niego problem moralny, temat do roztrząsania. A staje się skromne i jasne, gdy tylko uczynić rzeczywisty krok w jego kierunku: jak ta przeprawa przez las, ten wysiłek prozaicznie mięśniowy, który rozpraszał budujące mrzonki czystego sumienia. Zresztą to, co innym wydawać się mogło aktem dobroci, dla Wiery było jedynie bardzo starym przyzwyczajeniem.
– Byłoby świetnie, gdyby w drodze powrotnej udało się zebrać trochę grzybów – powiedziała podczas jednego z postojów. – Przyrządziłabym je jutro dla tej staruszki…
Wioska, otoczona lasem, panoszącym się coraz ciaśniej, ukazała się naszym oczom znienacka i sprawiała wrażenie niezamieszkanej. Drzewa rosły pośrodku ulicy, niektóre dachy zapadły się, odsłaniając pod wiązkami strzechy kruchy szkielet belek. Dwanaście domostw, do których po kolei zaglądaliśmy, wypatrując wiarygodnych śladów ludzkiej obecności. Postrzępiona bielizna wisząca na podwórzu? Weszliśmy do środka: spróchniała podłoga ustąpiła z łatwością pod naszymi stopami… Nie, to raczej będzie tamta chata. Przy drewnianych schodkach zardzewiały rower, postawiony do góry nogami, na siodełku i kierownicy, zdawał się czekać na naprawę przez właściciela, który lada chwila pojawi się w progu z narzędziami w dłoni. Dom był pusty, w oknach o powybijanych szybach suche gałązki drżały od podmuchów wiatru…