– Pracę? Chce pani powiedzieć doktorat? – Moje zdumienie było tak wielkie, że zwolniłem kroku, nieomal przystając. Ta nikomu nieznana nauczycielka, ta Wiera zapomniana przez Boga i ludzi w tej zapadłej dziurze… Doktorat z lingwistyki! To zakrawało na żart. – I gdzie pani go robiła? – spytałem ze źle skrywanym niedowierzaniem i swego rodzaju rozdrażnieniem w głosie: z moim dyplomem uniwersyteckim uważałem się za istne wcielenie nauk na tym północnym pustkowiu. I – co nie sprawiło mi przyjemności – spostrzegłem; że zostałem urażony w miłości własnej, utraciwszy palmę intelektualnego pierwszeństwa.
– W Leningradzie na uniwersytecie moim promotorem był Iwanicki. Pan go z pewnością nie znał, zmarł pod koniec lat sześćdziesiątych. Bardzo miał mi za złe, że wycofałam się tuż przed obroną…
Słuchałem jej, nie mogąc się pozbyć swoistych zaburzeń widzenia: pustelnica, niepocieszona narzeczona-wdowa, eremitka oddana kultowi zmarłych i ta młoda doktorantka w Leningradzie lat sześćdziesiątych z ich poststalinowskim wrzeniem. Pospiesznie dodałem pięć lat studiów magisterskich i trzy lata doktoratu, czyli co najmniej osiem długich lat spędzonych z dala od lasów Mirnoje. Toż to całe życie! A zatem myliłem się całkowicie co do sensu tego, czym ona żyła…
Machinalnie szedłem za nią, w ogóle nie zauważywszy, że dotarliśmy do wioski, minąłem chatę, w której mieszkałem, i wstąpiłem do Wiery, jakby to było naturalne, jakbyśmy byli parą.
Wchodząc do głównej izby, ocknąłem się, rozglądałem się po tym wnętrzu; ujawniało teraz zupełnie inny styl życia: książki z dziedziny lingwistyki, a zatem lektura całkiem dla niej zwyczajna, zawieszone na ścianach reprodukcje, których tematy należało traktować metaforycznie, jak choćby ten pejzaż, zatytułowany: „Ławica lodowa. Rodzina niedźwiedzi polarnych”. Porządek wynikający raczej z dyscypliny intelektualnej niż z dziwactw starej panny. I to miejsce na skraju ławy, ten posterunek z łatwością zdołała opuścić, by udać się do Leningradu czy gdziekolwiek indziej. Inna kobieta…
Odezwałem się, wciąż na stojąco, nie mogąc się odnaleźć w tym odmienionym nagle miejscu:
– Ale dlaczego pani wróciła?
Napięcie, z jakim się do niej zwracałem, zdradzało prawdziwe pytanie: „Dlaczego po tylu latach spędzonych w Leningradzie zaszywać się tutaj, wśród niedźwiedzi i pijaków?”.
Musiała odgadnąć, co miałem na myśli, a jednak odpowiedziała bez śladu namaszczenia, nie przerywając parzenia herbaty:
– Przez wszystkie te lata w Leningradzie towarzyszyło mi dziwne uczucie. Byłam tam, całkiem nawet zadowolona z tego, czym się zajmowałam, uczestniczyłam w tym ich życiu (widzi pan, „ich” życiu – uśmiechnęła się), a przy tym trwałam w jakimś rozdwojeniu, jakbym poprzez ten uniwersytecki epizod musiała wykazać, że moje miejsce jest gdzie indziej. Ponadto dla mnie w tych latach odwilży było coś sztucznego, jakaś hipokryzja. Stalin został okryty hańbą, a tymczasem Lenina wielbiono bardziej niż kiedykolwiek. Był to zabieg dość zrozumiały, po upadku kultu ludzie chwytają się ostatnich idoli, jacy im zostali. Pamiętam poetów, bardzo modnych, którzy występowali na stadionach przed kilkudziesięciotysięcznym tłumem. Jeden z nich deklamował: „Usuńcie portret Lenina z naszych banknotów. Gdyż jego wartość jest niezmierzona!”. To było porywające, nowe, oszałamiające. I fałszywe. Gdyż większość osób przyklaskujących tym strofom dobrze wiedziała, że pierwsze obozy koncentracyjne powstały z rozkazu Lenina. Tych drutów kolczastych było sporo zresztą i w naszych stronach, wokół Mirnoje. Ale poeci woleli kłamać. To dlatego wciąż cieszą się zaszczytami i daczami na Krymie…
Nalała nam herbaty, wskazała mi krzesło, a sama usiadła na skraju ławy… Słuchałem jej z dziwnym wrażeniem, że ten opis dotyczy nie demokratycznych nadziei lat sześćdziesiątych, lecz kolejnej dekady, owych lat siedemdziesiątych naszej kontestacyjnej młodości: wiersze, zgromadzenia, alkohol i wolność.
Bez wątpienia te słowa o przywilejach poetów wydały jej się nazbyt mocne, gdyż uśmiechnęła się i dodała:
– Właściwie to sama jestem sobie winna, że nie potrafiłam się odnaleźć w tamtej epoce. Dyskutowałam, czytałam dysydentów przepisywanych przez kalkę, prowadziłam badania nad typologią dawnego szwedzkiego i rosyjskiego. Ale nie żyłam… – Umilkła, wpatrzona w szarość zmierzchu za oknem. Zdało mi się, że dostrzegam w jej oczach odbicie pól porosłych wyschłą trawą, skrzyżowanie dróg, ciemną bryłę lasu. – Zresztą wszystko potoczyło się jeszcze prościej. Przyjechałam do Mirnoje, żeby… pochować matkę. Zamierzałam zostać dziewięć dni, jak, zdaje się, nakazuje tradycja, następnie czterdzieści. I tak po nitce do kłębka… Przede wszystkim niektóre tutejsze staruszki były już w niewiele lepszej formie niż moja matka, która właśnie zmarła. Nie, nie czułam żadnego żalu ani wewnętrznego rozdarcia. Zrozumiałam, że moje miejsce jest tutaj, to wszystko. A właściwie nawet o tym nie myślałam. Znów zaczęłam żyć.