Zorientowałem się, że łatwiej mi się manewrowało, gdy dostosowywałem wysiłek do rytmu fal. Łódź wciąż poruszała się opornie, ale zamiast przeciwdziałać temu ciężkiemu kołysaniu, należało w odpowiednim momencie szybko – jak z bicza trzasnął – machnąć wiosłem… Wiera siedziała nieruchoma i jeszcze bardziej zdystansowana, jakby uznawszy, że opanowałem technikę, mogła wrócić do swoich marzeń. Osłaniała dłońmi kwiaty wianka. „Ale przecież deszcz i tak je zmoczy na grobie…”, miałem ochotę powiedzieć; to jednak wyrwałoby ją ze snu.
A niby dlaczego nie miałbym jej obudzić? Przestać wiosłować, przykucnąć przed nią, ścisnąć jej ręce, potrząsnąć nimi albo raczej pocałować te skostniałe dłonie. „Ona śpi swego rodzaju przedwczesnym snem wiecznym, zawieszona w czasie, który sama zatrzymała jako szesnastolatka, poruszając się jak lunatyczka wśród tych staruch, przypominających jej wojnę i rozstanie z ukochanym żołnierzem… Ona żyje życiem po życiu, zmarli muszą widzieć to, co ona…”.
Delikatnie uderzyliśmy o brzeg wyspy. Wyskoczyłem na ląd, wyciągnąłem dziób łodzi na piasek, pomogłem Wierze wysiąść. Myśl, że ta kobieta przeżywała to, czego nam dane jest zaznać dopiero po śmierci, nadała nagle jej życiu, które uważałem dotąd za tak absurdalne, pewien niejasny sens. Sens wyczuwalny na każdym kroku, w każdym geście.
– Przykro mi – zwróciła się do mnie Wiera, gdy szliśmy pod górę w stronę cmentarza – że musiał pan harować jak galernik. Oczywiście mogłabym go gdzieś schować albo wyrzucić – potrząsnęła ostrożnie wiankiem – a Zina o niczym by się nie dowiedziała. Ale, widzi pan, te staruszki żyją już trochę poza życiem i mam wrażenie, że to ja w pewnym sensie przeprowadzam je przez granicę, a tu proszę, one wręczają mi ten wianek. Może ostatecznie to nie jest takie głupie… – Rzuciła mi przeciągłe spojrzenie, a jej szare oczy odbijające deszcz wydawały się jeszcze większe i sprawiały wrażenie, jakby odczytały to, co właśnie o niej myślałem. Poczułem bardzo cieleśnie, że jestem obecny w tym życiu po życiu, w które ona się zanurzała…
Kwiaty wianka, złożonego na grobie, błyskawicznie pokryły się kroplami deszczu, a mokre zdawały się ożywać, niczym krucha i błyszcząca kalkomania.
– Następnym razem przywiozę krzyż – powiedziała Wiera bardzo cicho, jakby sama do siebie.
– Będę mógł przypłynąć z panią? – zapytałem i pomyślałem o deszczowym dniu, o sennym kołysaniu łodzi, o tej dłoni, która poprawiała wianek na grobie, a którą znów ujrzę opartą o burtę łodzi, jakby zapomnianą.
Zaczęliśmy schodzić w dół ku brzegowi. Długi wojskowy płaszcz Wiery był zupełnie przemoczony, prawie czarny. Z daleka, na tym stoku pokrytym zbrązowiałą, zgniecioną trawą, można by ją wziąć za pielęgniarkę, podczas wojny, zmierzającą na pole pełne rannych i zabitych. W oczach innych… W tej chwili ja widziałem jedynie kobietę kroczącą u mojego boku, z twarzą zalaną deszczem, dotkliwie żywą w tym ponurym jesiennym dniu, starającą się nie stąpać na ostatnie kępki kwiatów, kobietę, która schodząc na brzeg, schyliła się, podniosła coś z piasku i podała mi ze słowami: „Zgubił go pan ostatnim razem”. To był ołówek, którym zapisywałem w notesie takie sformułowania, jak: „zwęglona
W łodzi ujęła jedno wiosło, zostawiając mi drugie. Deszcz padał teraz bardziej jednostajnie, łagodząc podmuchy wiatru. Nie było widać ani chat Mirnoje, ani nawet wierzb na przeciwległym brzegu. Nasze ruchy szybko przybrały wspólny rytm. Każde z nas czuło wysiłek drugiego w odpowiedzi na swój własny, zharmonizowany co do najmniejszego naprężenia mięśni. Dotykaliśmy się ramionami, ale prawdziwa bliskość tkwiła w tym powolnym miarowym ruchu, w trosce, z jaką czekaliśmy na siebie nawzajem, aby znów zjednoczyć siły po zbyt głębokim uderzeniu wiosła albo z kolei po poślizgnięciu się pióra na grzbiecie fali.
Na środku jeziora brzegi całkiem zniknęły w strugach deszczu. Żadnej linii, żadnego punktu odniesienia poza zarysem łodzi. Szarość powietrza grawerowana kroplami, fale, uspokojone, które sprawiały wrażenie, jakby nadchodziły znikąd. I nasza żmudna przeprawa zdawała się teraz całkiem pozbawiona celu, Po prostu tam byliśmy, obok siebie, w sennym szemraniu deszczu, w zmierzchu chłodnym niczym rybie łuski, a ilekroć obracałem nieco głowę, widziałem ociekającą wodą twarz kobiety: uśmiechała się tajemniczo, szczęśliwa, można by powiedzieć, z powodu tych łez, którymi niebo nieustannie zraszało jej policzki…
Rozumiałem teraz, że tak właśnie wyglądało to jej życie po życiu. Powolna podróż, bez widocznego celu, lecz obdarzona prostym i głębokim sensem.
Łódź na oślep przybiła do brzegu, w tym samym miejscu, z którego wyruszyliśmy.
3