Była wolna i mogła w każdej chwili opuścić wioskę, tak jak to zrobiła w dniu wielkiego wiatru, na początku października. Ujrzałem ją nie jak zwykle ze skórzaną torbą wyładowaną podręcznikami i wypracowaniami uczniów, ale z wielkim segregatorem z grubej tektury, który gwałtowne podmuchy wiatru usiłowały jej wyrwać. W jej chodzie byłą jakaś niefrasobliwa lekkość, zamaszystość przywodząca na myśl wędrowną artystkę albo poszukiwaczkę przygód. Mijając skrzynkę na listy na rozstajach dróg, nie zatrzymała się. Przez chwilę miałem wrażenie, że to jej ostateczne rozstanie z Mirnoje, szaleńczy wybryk na przekór wszystkiemu. Zamierzała złapać pociąg do Leningradu albo przynajmniej do Archangielska…
Była wolna. A ta postawa w stylu mater dolorosa została jej nadana przez innych. To my narzucaliśmy jej to absurdalne czekanie, bardzo szlachetne, pewnie, heroiczne wręcz, z którego jednak ona dawno by się otrząsnęła, gdyby nie nasze pełne współczucia i podziwu spojrzenia. To te spojrzenia przemieniły ją w słup soli, w piękną stelę nagrobną, u której stóp nic tylko zebrać się i wzdychać: „Ach, są jeszcze na tym świecie wierne kobiety!”. Uczyniliśmy z paplaniny zakochanej szesnastolatki nieodwołalne śluby. A z pełnej życia kobiety zwęgloną sati na stosie samotności.
Te moje osądy były zapewne przesadzone i nazbyt wydumane, czułem jednak niejasno, że muszę za wszelką cenę przedstawić je Wierze. Powinna wiedzieć, że można myśleć w ten sposób, że nie jest jeszcze za późno, by tak myśleć.
Wróciła wieczorem, z tym samym segregatorem pod pachą. „Leningrad, Archangielsk…”, powtarzałem z goryczą. A przecież pomimo tego złudnego wyjazdu wrażenie wolności związane z jej pojawieniem się na wielkim wietrze wciąż trwało. Nawet jeszcze silniejsze. I tym gwałtowniejsze stawało się moje oburzenie wobec owego kultu wiecznej miłości, w ramach którego czczono ją jak boginię. Kobieta o zaróżowionej od wiatru twarzy szła zamaszystym krokiem w blasku zachodzącego słońca. Należało wymazać całą resztę, młodzieńcze przysięgi, ikonostasy zmatowiałe od niegdysiejszego heroizmu, litościwe spojrzenia prostaczków. Trzymać się wyłącznie tej wolnej, cielesnej istoty. Patrzyłem, jak się oddala, i przypomniałem sobie ciało kobiety wyciągającej sieci na gliniasty brzeg jeziora, a także to samo ciało – nagie, nocą, przed drzwiami do maleńkiej chatynki-łaźni… Czułem, że odzyskanie przez Wierę wolności powinien rozpocząć bunt tego ciała ściśniętego w długim wojskowym płaszczu.
Jeszcze tego samego wieczoru poszedłem się z nią zobaczyć, bez zaproszenia, pukając po prostu do jej drzwi, pod pretekstem, że zabrakło mi chleba. Kilkakrotnie zachodziłem już do jej chaty, zawsze jednak następowało to wskutek spotkania na ulicy i paru wymienionych słów. To najście nie zdziwiło jej zresztą, była przyzwyczajona do życia we wspólnocie i niezapowiedzianych wizyt staruszek, którymi się opiekowała.
Weszliśmy do głównej izby i podczas gdy ona wyjmowała okrągły bochenek i odkrawała dla mnie solidną ćwiartkę, ja usadowiłem się pospiesznie w miejscu, które stanowiło sekretny cel moich odwiedzin. Za starym stołem z grubych, spękanych desek stała ława, jej kraniec, bliżej drzwi, zajmowała zazwyczaj Wiera, ilekroć przyjmowała gości. Rozmawiała, podawała do stołu, podchodziła do pieca, ale zawsze wracała na posterunek przy drzwiach. Wystarczyło najlżejsze skrzypnięcie schodków przed wejściem, a już drętwiała mimowolnie, gotowa poderwać się i biec na spotkanie tego, który nie mógł zjawić się wcześniej, lecz dopiero w tej właśnie chwili. A za oknem widziała rozstaje dróg, skraj lasu, który trzeba okrążyć, przybywając do Mirnoje…
Ulokowałem się zatem na tym końcu ławy, opierając ciężko łokcie na stole. Wiera zawinęła moją ćwiartkę bochenka w kawałek płótna, po czym zaproponowała mi herbatę i konfiturę z jarzębiny. Oddalała się i wracała, a ja czułem wyraźnie, że znajoma przestrzeń izby wymyka się jej. W oczach Wiery dostrzegałem przebłyski niepokoju, w ruchach jej ciała pewne niezdecydowanie, popłoch lunatyczki, którą zmuszono do zboczenia z trasy. Nalała nam herbaty, a następnie, po chwili wahania, usiadła na krześle naprzeciwko mnie, niemal natychmiast poderwała się jednak i podeszła do okna. Odniosłem wrażenie, jakby – choć nie przyznawaliśmy się do tego – wywiązała się między nami jakaś gra, przyjemnie okrutna…
Mniej lub bardziej szczerze wierzyłem jeszcze, że to dla jej dobra.
Zachodziłem do niej trzy wieczory z rzędu, za każdym razem bez uprzedzenia, i zawsze samowolnie sadowiłem się na skraju ławy, koło drzwi. Jej ciało wyrwanej z transu lunatyczki zdawało się coraz lepiej znosić moją natarczywość. W tej naszej konfrontacji pomimo dystansu czuło się napięcie cielesnego zespolenia.