W tym urzekającym, soczystym pejzażu tkwią odrapane, niszczejące bloki betonowych osiedli Stepanakertu, ciężka, wielka płyta, niezdarnie i niechlujnie poskładana, byle jaka, obskurna. W miejscu, w którym spałem, bloki tworzą zamknięty czworobok. Między budynkami, między balkonami mieszkańcy przeciągnęli stalowe linki; na tych linkach poruszają się bloczki, do bloczków przyczepiona jest susząca się bielizna. Manipulując odpowiednio bloczkami, można swoją bieliznę tak przesuwać, aby postępowała ona za ruchem słońca — wówczas wcześniej wyschnie. Ponieważ miejsca nie jest zbyt wiele, musi tu obowiązywać jakiś harmonogram, jakiś uzgodniony grafik — kiedy, kto, ile może swojej bielizny wywiesić. Po jej rodzaju, składzie i wyglądzie można wiele dowiedzieć się o życiu intymnym swoich sąsiadów. Można też zasięgnąć ważnej informacji handlowej. Gdzie też sąsiadka z naprzeciwka dostała takie delikatne rajstopy? Sieć owych linek rozciągnięta nad podwórzem, nad rosnącymi tu drzewami jest tak zmyślna i zawiła, że pewnie tylko miejscowe kobiety potrafią zręcznie i płynnie kierować całą tą, ożywiającą się co jakiś czas i ruszającą to naprzód, to w bok lub wstecz, paradą koszul i spodni, majtek i pończoch.
Starowojtowa wraca do Erewanu i od rana w mieszkaniu, w którym jestem ukryty, trwa narada Ormian — co zrobić ze mną? Jak mnie stąd wywieźć? Meldunki przynoszone z lotniska przez różnych umyślnych brzmią fatalnie. Komendant wojskowy Górnego Karabachu (generał, którego nazwiska nigdy nie zapamiętałem), chcąc uśmierzyć gniew sekretarza Mutalibowa i jego sojuszników w Moskwie, postanowił urządzić demonstrację siły: zrobić wszystko, aby Starowojtowej nie chciało się tu więcej przyjeżdżać, aby wyjechała stąd w atmosferze zastraszenia i wrogości. Po drodze do lotniska kontrolują każdy samochód, na samym lotnisku pełno wojska, komandosów rozstawili nawet wzdłuż pasa startowego.
Widzę, że moi Ormianie są zdenerwowani i zaczynają się kłócić. Nie rozumiem treści tych sporów, ale z pewnością chodzi o mnie, ponieważ coraz to przerywają dyskusję, żeby rzucić w moją stronę: ubierz się w mundur! (Ubieram się.) Po jakimś czasie: nie! Włóż cywilne ubranie! (Wkładam.) Po kolejnej rundzie kłótni: nie! Wkładaj z powrotem mundur! Wykonuję posłusznie te sprzeczne rozkazy, ponieważ czuję, że sytuacja jest rzeczywiście poważna: jestem w pułapce. Przez tak gęsto zastawioną sieć nie przedrę się do samolotu.
W dodatku sprawę komplikuje fakt, że wieść o przyjeździe Starowojtowej (która jest tu ogromnie popularna) rozeszła się po miasteczku i przed naszym domem gromadzi się tłum ludzi. Jeżeli tłum, to zaraz zjawi się wojsko, jeżeli przyjdzie wojsko, zaczną dochodzić, dlaczego gromadzi się tłum itd., po nitce do kłębka — czyli do naszej kryjówki. Ormianie denerwują się coraz bardziej, temperatura ich kłótni podnosi się gwałtownie.
Wreszcie przychodzi jeden z umyślnych (a jest to ów wspaniały brodacz, który wczoraj wywiózł mnie z lotniska) i o czymś informuje Ormian. Ormianie natychmiast uciszają się i wyglądają przez okno. Po jakimś czasie jeden z nich mówi do mnie: widzisz ten wóz milicyjny z kręcącym się kogutem? Na dachu wozu stojącego przed naszym budynkiem kręci się wolno błękitny kogut. Zejdziesz na dół, mówi Ormianin, przedostaniesz się przez tłum i w tym samochodzie usiądziesz na tylnym siedzeniu, za kierowcą. Musisz zachowywać się bardzo zdecydowanie.
Teraz, w mundurze pilota Aerofłotu, schodzę na podwórze, widzę twarze tłoczących się tu ludzi, przepycham się i idę prosto do wozu milicyjnego. W wozie jest tylko kierowca, sierżant, Ormianin. Siadam z tyłu i czekam. Pojawia się Starowojtowa, otacza ją tłum. Ale nadjeżdża patrol wojskowy — blondyni, więc Rosjanie: robi się niebezpiecznie. Starowojtowa przerywa wiec i wsiada do stojącej obok wołgi. Do mojego wozu dosiada się z tyłu dwóch milicjantów, Ormian, a obok kierowcy zajmuje miejsce kapitan milicji — też Ormianin.
Ruszamy pierwsi, wołga za nami. Patrole po drodze zdezorientowane, bo niby powinny kontrolować, ale z drugiej strony — to przecież wóz milicyjny pod sygnałem. Jakoś przejeżdżamy przez labirynt bloków betonowych, a potem przez uchylony szlaban. Żołnierze w tych patrolach to wszystko młodzi, rośli blondyni — Słowianie. Niebieskoocy, rosyjskojęzyczni.
Słońce, gorąco, zbliża się południe.
Kapitan, który siedzi przy kierowcy — bardzo spięty. Wie, ile w tym momencie ryzykuje. Myślę, że wszyscy wiemy. Choć jedziemy dość szybko, droga staje się psychiczną Golgotą, wydłuża się w nieskończoność.